sobota, 17 października 2015

Marou (Anielskie dzieci)

Dochodziła godzina dziewietnasta. Mała czarnowłosa dziewczynka o oczach mętnie zielonych jak stawy, machała nogami swobodnie zwisającymi z krzesła na ktorym siedziała.
Czekała ona w poczekalni gabinetu w którym pracowała jej mama, od czasu do czasu zerknęła kontem oka na drzwi, ale większość swojej uwagi kierowała na zegar zawieczony pod sufitem stojącej równolegle do dziewczynki ściany.
Ze zniecierpliwieniem obserwowała przesuwające się wskazówki, sama nie wiedziała jak długo czeka na swoją matkę, nie kiedy z gabinetu wydobywał się pojedyńczy krzyk często zagłuszany stukaniem jakiś przedmiotów.
Dziewczynka zeskoczyła z krzesła po czym nie pewnym krokiem podeszła do drzwi, stanęła na palcach przykładając oko do dziurki na klucz. Punkt obserwacyjny był idealny ale obraz jaki ukazywał wprorst przeciwnie. Na metalowym stole leżał mężczyzna, skręcający się w bólach i doznający konwulsji.
Mimowolnie unosił swój nagi tors do góry, machając pojedynczym skrzydłem wyrastającym z lewej łopatki.
Ludzie w białych fartóchach zakłopotani miotali się do okoła stołu, wśród nich znajdowała się również matka dziewczynki która komenderowała poczynaniami pozostałych lekarzy. Po chwili jednak mężczyzna opadł na stalowoą kozetkę, jego ciało zaprzestało jakich kolwiek ruchów to samo skrzydło z którego zaczęły wypadać pojedyncze pióra. Ktoś zbliżył się do drzwi i tworzył je szeroko, dziewczynka berwała ich rantem i upadła na podłogę. Krew poleciała z jej czoła po upadku na podłogę, jak tylko uświadomiła sobie obecność rany i krwi rozpakała się.
 -Agatha! Twója córka płacze!
Zawołał mężczyzna odwracając się do matki dziewczynki. Ta podbiegła szybko do płacząceg dziecka. Była ona kobietą elegancką której włosy ułożone były w najzmienienitszy sposób, a uszy cudownie ozdobione żadkimi kamieniami.
 -Alicjo przestań płakać! Pokaż co sobie zrobiłaś.
Kobieta kucnęła obok córki, odgarnęła jej włosy odsłaniając nie wielkie pęknięcie na skórze.
 -To nic takiego, przyłożę gazę i do wesela się zagoi, no chodź ze mną.
Powiedziała kobieta, dziewczynka po jej słowach zaczęła się stopniowo uspakajać, ale przed załzawionymi oczami ciągle widziała tego mężczyznę, nie ukrywalne pragnienie śmierci które go otaczało...
Dziewczynka złapała rękę matki i poszła za nią, do gabinetu obok tam położyła ją na twardej kozetce zaczynając opatrywać krwawiące czoło. Do pomieszczenia za matką dziewczynki wszedł mężczyzna który zranił ją drzwiami, na jego widok dziewczynka przybrała zmieszany wyraz twarzy.
 -Agatho. Jaką grupe krwi ma twoja córka?
 -AB+-Odpwiedziała bez większeg namysłu, po chwili jednak orientując sobie skutki jej odpowiedzi.
 -Ty chyba nie chcesz!
 -Chcę. Dobrze wiesz że robimy to ku lepszej przyszłści Brytani.
 -Ale, ona ma dopiero 8 lat.
 -Zapiszemy ją do placówki świętej Marii bolesnej.-Odparł poprawiając okulary trzymające się na grubym nosie, wyjrzał z za ramienia kobiety na dziewczynkę.

*

Kilka miesięcy później dziewczynka siedziała na zimnej metalowej kozetce, jej włosy zostały nie starannie ścięte przez co były postrzępione. Do okoła niej chodziły różne osoby, ale ona nie zwracała na nich uwagi, patrzyła otępiałym spojrzeniem na wykafelkowaną podłogę splamioną krwią.
Żrenice miała wąskie jak główki szpilek, było tak za sprawą leków jej podawanych przeguby rąk w które to codziennie wbijano pięc igieł były całe zaczerwionione i obsypane ciągle gojącymi się ranami. Alicja nie była odosobionym przypadkiem, wszystkie dzieci mieszkające w świętej Marii były w podobnym stanie, wyjątkami były osoby o słabszym zdrowiu miały one tyle szczęścia że na skutek leków zmarły.
Pielęgniarka stanęła za plecami dziewczynki i ostrożnie podciągnęła jej białą bluzkę ściagając ją.
W ten z jej prawej łopatki tozwinęło się białe skrzydło nie wiele większe od tego gołębiego.
 -Rośnie dobrze.
 -Tak, jest okazem zdrowia.
Dyskutowali lekarze za jej plecami, nie usłyszała tego gdyż w jej uszach rozbrzemiewał ciągnący się pisk.
Większość personelu w końcu wyszła zostawiając matkę kobiety z jedną pielęgniarką.
Kobieta w białym stroju podniosła bluzkę dziewczynki z zamiarem ubrania jej, jednak wypuściła materiał z rąk padając w kałurzę własnej krwi. Stała nad nią matka Alicji z zakrwawionym skalpelem ściskanym w dłoni, dyszała przeraźliwie stojąc bez ruchu. Schowała skalpel do kieszeni kitla, ubrała swą córkę następnie biorąc ją na ręce.
Wybiegła w raz z dzieckiem na zewnątrz ciągnąc za sobą kilku współ-pracowników chcących ją zatrzymać. Jednak nie udało im się tego osiągnąć, kobieta wbiegła do samochodu zostawiając córke na tylnim siedzeniu sama siadła na miejscu kierowcy, ruszyła z piskiem opon drogą w głąb lasu. Targały nią nerwy i niepewność czy uda jej się uciec. Jej córka patrzyła na widok za oknem nie wyrażając przy tym żadnych emocjii.
Szybko przemierzyły większą część drogi wydawało się że od tego momentu będzie wszystko dobrze, jednak było to złudne uczucie. Opony samochodu pękły jednocześnie zmuszając samochód do jazdy na gołych kołpakach. Iskry rozświetlały ciemną noc, Agatha straciła kontrolę nad pojazdem który wleciał do wody.
Metalowa konserwa tonęła co raz to głębiej w morskich odmętach. Przednia szyba ledwie się trzymała pod naporem wody.
Kobieta patrzyła z przerażeniem na wodę do okoła pojazdu, był to dla niej koniec w takiej sytuacji nie ma dla niej ratunku. Odwróciła się do córki zaspale na nią patrzącą.
 -Alicjo nie ruszaj się.-Powiedziała przechodząc na tylne siedzenie obok córki.-Posłuchaj dla mnie nie ma szans ale są dla ciebie. Weź głęboki wdech ja wybiję okno dobrze? ... Przepraszam się za wszystko czego doświadczyłaś, wierzyłam że robię to ku dobrej sprawie, jednak się myliłam. Proszę przeżyj to i żyj za mnie i te wszystkie dzieci z laboratorium, dobrze?-Kobieta rozpłakała się przytulając córkę, która dalej nie okazywała najmniejszych przejawów człowieczeństwa.
 -Weź głeboki wdech-Poleciła jej matka, kiedy córka zrobiła wedle instrukcji matki ta zdjęła z nóg buty na obcasie i zaczęła nim uderząć w boczną szybę, pęknięcia na szkle robiły się co raz więsze aż w końcu obcas pękł. Kobieta bez sętymentów rzuciła obcas na podłogę, a szybę zaczęła rozwalać własnymi rękoma. Po tym jak pojawiło się małe pęknięcie przez które zaczęła wlatywać woda kobieta pomagała jej wydłubując poranionymi dłońmi kolejne fragmety szkła. W końcu woda zaczęła napływać do środka kiedy obie znalazły się w otoczeniu cieczy, kobieta przyciągnęła córkę do siebie objęła jej usta swoimi oddając jej resztki powietrza z płuc następnie wypychając ją po za samochód leżący na samym dnie. Krtań Agathy zaczęła się zaciskać a sama kobieta rwała swoje włosy w przetśmiertnym cierpieniu.
Alicja natomiast resztą sił wypłynęła na powierzchnie, nie miała sił by zrobić chodź o jeden ruch więcej dlatego dryfoała po wodnej dafli jak ścięta kłoda.
Nie oczekiwanie podniesiono ją jak bezmożną lalkę, spojrzała na swojego wybawiciela był to nie wiele od niej starszy chłopak o neonowo fioletowych oczach. Wylądowali na brzegu gdzie chłopak położył ją na piasku.
 -Wszystko w porządku? Coś cię boli?- Zadał jej pytania z nie zrozumiałym dla niej współczuciem. Pokiwała słabo głową.
 -To dobrze.- Odparł z ulgą, kiedy obok niego pojawił się wysoki i umięśniony mężczyzna miał długie czarne włosy związane w cięką długą kite na tyle głowy. Wyraziste rysy twarzy budziły przerażenie a wkurzony wzrok zniechęcał do niego ludzi.
 -Panie. Centrum oczyszczone, jednak nikt nie przeżył.-Spowiadał mu Belzebub.
 -W porządku została jeszcze ... przepraszam, ale jak masz na imię?- Spytał kierując pytające spojrzenie ku dziewczynce, podniosła mętny wzrok i odrętwiałymi ustami powiedziała.
 -Ali...cja.- Wydukała.
 -Miłomi ja jestem Lucyfer, a ten mięsień za mną to Belzebub.- Przedstawił ich z uśmiechem na ustach. -Jesteś pół aniołem, co nie? Nie chciała być przejść na moją stronę? Jesteśmy czymś w rodzaju anty aniołów. Nazywają nas demonami.
Dziewczynka patrzyła centralnie na Lucyfera ignorując pytanie które jej zadał. On nie wiedząc co począć, oblał dziewczynę dociekliwym spojrzeniem. Dostrzegł na jej rękach wyraźne zaczerwienienia.
 -Czemu od razu nie powiedziałaś.- Warknął nie co wkurzonym głosem, siadł obok dziewczyny złapał ją za rękę drugą przyłożył do ran. Które po zabraniu ręki Lucyfera od razu zginęły. Twarz dziewczynki odzyskała wyraz.
 -Otępili ją ziołami by nie stawiała oporu. -Wyjaśnił Belzebubowi który miał właśnie o to spytać.
Alicja rozpłakała się nie zważając na sytuację dotarły do niej wszystkie nie przyjemne wspomnienia skumulowane w jej sercu. Lucyfer nie wiedząc co zrobić spytał ponownie.
 -Alicjo. Jeśli chcesz to oddamy cię w ręce aniołów gdzie twój koszmar będzie trwać. Możesz też zostać jednym z moich generałów w moim kraju gdzie obdarzymy cię najlepszą opieką. Więc jak?- Zapadla cisza kiedy podniosła zapłakany wzrok, otarła łzy z opuchniętych oczu.
 -Nie chcę do nich wracać.- Wymruczała w rozpaczy, co dla Lucyfera równało się ze zgodą dołączenia do jego szeregów. Wstał i siadł za plecami Alicji.
 -Imię twoje brzmieć będzie od teraz Marou.- Oświadczył jej podczas podnoczenia jej bluzki. Skrzydło rozprostowało się przez co Lucyfer obrzucił je krytycznym spojrzeniem.
Złapał za nie solidnie co wzdrygnęło ciałem dziewczyny i z całych sił wyrwał je z korzeniami. Alicja jęknęła z bólu i opadła na piach. Skrzydło ruszało się przez chwilę jakby chciało odlecieć, jednak Lucyfer ścisnął je jeszcze mocniej.
 -To by było na tyle.

Belzebub część 2 (Spojrzenie w przeszłość)

-No i siup!
Krzyknął Belzebup przeskakując z jednej zamkowej wierzy na drugą.
Belzebup będący małym chłopcem o zielonych włosach i niebieskich oczach który już po jednym dniu swojego życia uzyskał tytuł pierwszego demonicznego szlachcica, najważniejsze demoniczne dziecko zamieszkujące demoniczny kontynent.
Chłopiec ten był nie możliwe dzikim urwisem przepełniony energią życiową. Chłopiec bez trudu skakał po dachach, będąc gonionym przez dziesiątkę swoich opiekunek, nie ważne jakby kobiety chciały by go podejść, bądź otoczyć on zawsze wyszukiwał szczeliny w ich formacjach.
 -Paniczu! Niech się pan zatrzyma!
Jęknąła desperacko jedna z opiekunek, starając się dorównąć kroku pozostałym.
 -Nie ma mówy! Myłem się wczoraj!
Odparł chłopiec nim podwoił swoją prędkość. W końcu zesoczył z dachu lecąc z ekscytacją kilkanaście metrów na sekundę ku brukowi. Chłopiec nie spodziewanie został przechwycony w locie przez Baal'a który z nikąd pojawił się za jego plecami, łapiąc Belzebuba pod swoją pachę.
 -Wujek Ball!
Krzyknął radośnie na widok mężczyzny.
Wylądowali w zwolnionym tępie na ziemi, jednak Baal nie opuścił chłopca na ziemie.
 -No to teraz idziemy się kąpać.
Zadecydował mężczyzna z szarlatańskim uśmiechem na twarzy. Belzebub jak tylko to usłyszał zaczął się na próżno wyrywać.
 -Co jest, nie chcesz się ze mną wykąpać? A może wolisz z wyjkiem Dantalionem?
 -Nie! Kiedy wujek wchodzi do wody, to jest gorąco jak w piecu!
 -No widzisz, więc idziesz ze mną bez sprzeciwu.
Chłopiec opadł z sił, i zawisł w ramionach Baal'a jak bezwładna lalka.
Po półgodzinie kąpiel dobiegła końca, a Baal wraz z Bellem zasiedli na salonowej kanapie dokładnie na wprost nieczynnego kominka.
 -Powiesz mi teraz dlaczego omijasz Lucyfera?
Zagadał do chłopca siedzącego w pozycji embionalnej po drugiej stonie kanapy.
 -Wcale go nie omijam...-Wymamrotał wstydliwie.
 -Ach tak? Wydawało mi się że jest inaczej, nawet nie przejdziesz skrzydłem zamku w którym mieści się jego pokój, a jak zobaczysz go gdzieś w oddali sam uciekasz do swojego pokoju. Powiedz o co chodzi.
Belzebub zaczął wiercić się w miejscu, pokazując jak ta rozmowa jest dla niego krępująca.
 -No bo... on mnie chyba nienawidzi!
Wykrzyczał czując krótki przyrost odwagi. Jednak zamknął się w sobie po zobaczeniu zdziwionej twarzy Baal'a.
 -Pogieło cię?! Nie mów takich głupot, kiedy nie znasz całej prawdy!
Wrzsnął nieco zbulwersowanym tonem.
 -Nie muszę wiedzieć nic więcej, od razu widać że mnie nie lubi!
 -Zamknij się! To dla ciebie Lucyfer stworzył ten kraj!
Wrzasnął na chłopca, dopiero po chwili rozumiejąc że powiedział coś czego Lucyfer zabronił mu wyjawiać.
 -Co?
Spytał zbity z tropu Bell. Ball nie wiedząc co robić, chwycił go za ramię i przeteleportował do komnaty Lucyfera, padając po tym bezsilnie na kanapę. Lucyfer będzie zły... wyjęczał w myślach.
Tym czasem Bel spadł z chukiem na łóżko Lucyfera, który siedząc przy biurku do łóżka odwrócony plecami wzdrygnął się wyczuwając obecność Bel'a.
Chłopiec siedząc w samych majtkach na łóżku rozejrzał się dookoła po komnacie, którą widział pierwszy raz na oczy.
 -Belzebub? Co tu robisz?
Spytał zaciekawiony tym zjawiskiem Lucyfer. Jednak chłopiec będąc speszony sytuacją siedział niemo. Westchnął Lucyfer po czym zajrzał w myśli chłopca.
"Ale on straszny... Może wyskoczę przez okno... O co chodziło wujkowi z tym stworzeniem dla mnie kraju?..."
Lucyfer, zacisnął zęby i złamał pióro w palcach, wstał z krzesła i podchodząc do dzieciaka powiedział.
 -Więc Baal wszystko ci wygadał, co? Właściwie to i tak miałem zamiar ci powiedzieć w 15 urodziny, może to lepiej że stało się to szybciej.
Zaczął łagodnie siadając przy skameniałym chłopcu, odgarnął włosy ze swojego czoła jak i tego Belzebuba, stykając je delikatnie.
Przed oczami Bel'a przeleciały wszystkie wydarzenia od rozmowy jego matki z Astaroth do jego narodzin. Następnie ukazało mu się...
"Natrętny ból głowy, to jedyne co czuł Lucyfer w momencie przebudzenia, zaraz po otwarciu oczu podniósł się w łóżku do siadu łapiąc się w pierwszej chwili za czoło pod któego skurą wyczuwał pulsujący ból. Rozejrzał się po swoim pokoju, w pierwszej chwili nikogo nie dostrzegł, aż nie opuścił wzroku i nie dostrzegł śpiącego Dantaliona. Chłopak siedział na podłodze jednocześnie trzymając twarz na rękaw założonych na łóżko. Lucyfer lekko uśmiechnął się pod nosem i pogłaskał go po głowie, po czym ostrożnym ruche przeskoczył nad Dantalionem. Lucyfer chciał wiedzieć co się stało z uwagi na jego dziurę w pamięci której wypłnienie równało się z silniejszym bóle głowy, jednak nie chciał budzić słodko śpiącego Dantaliona. Tak o więc wyszedł na z pokoju na pusty korytarz, dopiero tam orientując się że nie schował swoich służbowych skrzydeł, rozprostował je na chwile czując jakie są odrętfiałe był to powód dla którego wyciągnał je tylko do walk, po czym je ukrył.
Ruszył wolnyk krokiem w zdłuż korytarza ledwie utrzymując równowagą, po dziesięciu matrach Lucyfer zatrzymał się przy oknie, oparł się o parapet no i wyjrzał w odległy krajobraz,
przez chwile zachłystnął się pięknym widokiem aż ktoś nie stanął za jego plecami, chłopak odwrócił się nerwowo a tam ujżał uśmiechniętego Baal'a.
 -Cieszę się że już wstałeś.
Powiedział w perwszej chwili uśmiechając się od ucha do ucha.
Lucyfer spojrzał mu w oczy, patrząc się w nie dokładnie.
 -Co się stało?
Spytał wyczuwając maskę na twarzy Baal'a.
 -Ech... Nic ci nie umknie, co nie? Chodź za mną.
Polecił mu Baal'a którego magnetyczny uśmiech znaczącą osłabł.
Lucyfer udał się w jego ślady, przeszli kilka korytarzy aż Baal zatrzymał się za zakrętem.
 -O co chodzi?
Spytał zdezorientowany Lucyfer. Patrząc na garbiącego się mężczyznę.
 -Powiedz... ty nic nie pamiętasz, prawda?
 -Nie za bardzo.
Odparł Lucyfer na co jego towarzysz westchnął.
 -Lilith i Szatan nie żyją.
Wymamrotał a Lucyfer spojrzał na niego przerażony w jednej sekundzie wszystkie jego wspomnienia, uczucia wróciły.
Nogi chłopca ugieły się, lecz on sam nie pozwolił sobie się przewrócić.
 -Już pamiętam... możemy iść dalej.
Rozkazał bezbarwnym tonem głosu, przeszedł parę kroków i udeżył w plecy nieruchomego Baal'a który dopiero po chwili ruszył dalej.
Weszli do pokoju, przed którego drzwiami stały dwa uzbrojone demony, stali sztywno gdy generał i król przeszli obok nich.
W pokoju na samym środku stali Salomon i Astaroth otaczający drewnianą kołyskę.
 -Dzień dobry.
Przywitał się Lucyfer kierując wzrok zebranych na siebie.
 -Już się obudziłeś Lucy.
 -Dzień dobry.
Odpowiedzieli. Lucyfer nie pewnie zbliżył się do kołyski w którym leżało niemowlę zawinięte w kocyk. Jego zielone włoski i niebieskie oczka były dokładnie takie jak u jego rodziców.
Lucyfer opierając się o kołyskę patrzył na szczerze uśmiechnięte niemowlę.
 -Jak ma na imię?
Spytał w pierwszej kolejności kiedy dziecko spojrzał na niego błękitnymi oczyma.
 -Belzebub. Lilith powiedziała że chciała go tak nazwać.
Po słowach Astaroth w pokoju rozbrzmiał głos świersza, nie była pewna dlaczego, ale nie przykuła do tego większej uwagi.
 -Jak długo spałem.
Spytał nie odrywając wzroku od dziecka.
 -Dokładnie 2 dni. Zniszczenie bramy na prawdę cię osłabiło.
Odpowiedział na jego pytanie Salomon.
 -Astaroth ile od tamtego czasu było ataków?
 -20. Atakują w małych grupkach z kilku stron na raz, jednak wszystkie ataki zostały odparte.
Lucyfer pokiwał głową, podniósł wzrok i spojrzał ślepo w okno.
 -Chcą go dopaść. Prawda?-Spytał, lecz nikt nie chciał odpowiedzieć, żal i litość wzięły nad nimi górę.-Więc jednak... dobrze, może cie zostawić nas samych?
Jego pytanie nie co rozproszyło zebranych, ale przystali na prośbę Lucyfera i wyszli.
Lucyfer wyciągnął rękę do Belzebuba który chwycił mocno jego palec, śmiejąc się radośnie zarażając tym Lucyfera.
 -Nie wiesz tego, ale twoi rodzice byli wspaniałymi ludźmi, mam nadzieję że ty też będziesz... 4 generale Belzebubie.
Przedstawił go przypominając sobie moment w którym Lilith podeszła do niego z pytaniem. "Panie Lucyferze, gdyby miał pan syna jakby go pan nazwał?" Pomimo takiej oczywistej aluzjii chłopak nie domyślił się powodu zadania przez Lilith ów pytania.

W tym czasie na korytarz trójka wcześniej zajmująca pokój dziecka rozeszła się po korytarzu. Astorath przeższła kilka metrów z kamienną twarzą, by po upewnieniu się że nikogo nie ma na jej drodzę, przechyliła się na bok uderzając o ścianę i upadając na podłogę. Z oczu po policzkach popłynęły jej łzy, zagryzła dolną wargę by powstrzymać się od szlochu.
"Nie dam rady... Nie uda mi się wychować dziecka" Powtarzała w myślach, przypominając sobie nie winną twarz niemowlęcia a przez to twarz jego rodziców..."

Belzebub po zakończeniu projekcji wspomnień odsunał sie jak poparzony z nieświadomie płynącymi łzami.
 -Co to ... było?
Spytał z wytrzeszczonymi jak żaba oczami.
 -To twoja historia, możliwe że przez przypadek zobaczyłeś fragment widziany przez moje trzecie oko, ale to mało ważne. Wiedz jedno... W razie potrzeby obronię cię chociaż by oddając przy tym własne życie.
Wyjawił mu uderzając pięścią w klatkę piersiową, co podkreśliło sens jego wypowiedzi. Jednak Belzebub będący zgarbiony nad pierzyną wymamotał.
 -Nie...-Dotychczas zwieszoną głowę zadarł na wysokość twarzy Lucyfera, pokazując mu łzy spływające po jego twarzy.-To ja cię obronię... Wujku!
Po tych słowach zielono włosy zawisł na szyi Lucyfera, nie mając zamiaru zwolnić swojego uścisku.

Belzebub (Zburzenie bramy)

Miesiąc później odbył się wielki bankiet zorganizowany za pomocą Salomona, w jego pałacu.
Zostali zaproszeni najważniejsi mieszkańcy Izraela jak i najważniejsze demony.
Astaroth stała przy stoliku a u boku Lilith.
 -Idź i w końcu mu powiedz.
Astaroth Szepnęła swojej przyjaciółce do ucha. Na co ta zestresowana odpowiedziała.
 -Ale teraz jest za dużo osób.
 -Posłuchaj, zaczyna ci rosnąć brzuszek w końcu sam się domyśli. Po za tym Salomon zorganizował ten bal tylko po to byś mu o wszystkim powiedziała.
 -Ale ...
 -Dziewczyno ! Ogarnij się i mu powiedz mu o wszystkim.
Astaroth złapała Lilith za rękę i pociągnęła do pleców Szatana stojącego na środku sali. Szturchnęła Szatana lekko w plecy, po czym zniknęła zostawiając tam samą Lilith.
Kiedy Szatan się odwrócił Lilith stała zestresowana.
 -Lilith. Dobrze się bawisz ?
 -T-Tak. Chciała bym ... Chodź ze mną.
Lilith złapała jego ramię i zaczęła ciągnąć go za sobą aż do ogrodu połączonego z salą balową. Ogród umieszczony był na ogromnym balkonie.
Lilith zatrzymała się przy kamiennej barierce będącej linią końcową balkonu.
 -O co chodzi ? Wyglądasz jakbyś była zdenerwowana. Zrobiłem coś nie tak ?
Serce Lilith biło jak oszalałe prawie że zagłuszając słowa Szatana. Lilith kontem oka zerknęła na święcący białym światłem Księżyc błyszczący na rozgwieżdżonym niebie.
 -Nie. Nie chodzi o ciebie.
 -W takim razie ? o co ci chodzi ?
Lilith cała zarumieniona położyła rękę na piersi.
 -Jestem w ciąży ! ...
Szatan otworzył szeroko oczy, lekko uchylił usta i stanął jak wryty. Nie zrobił kroku, i nic nie powiedział. Po prostu patrzył na stojącą przed nim Lilith.
Aż w końcu oczy zaszły mu łzami, a on sam padł przed nią na kolana.
 -Szatan. Co ci się stało ?
Spytała zatroskana Lilith. Szatan klęczał na ziemi wylewając łzy na posadzkę.
 -Nic ... cieszę się ... cieszę się jak głupi.
Szatan objął Lilith w pasie, i delikatnie przytulił się do niej.
 -Ja ... Ja nigdy nie miałem prawdziwej rodziny ... wychorowałem się na ulicy. Dlatego ja ... ja ... ja się cieszę !
Po słowach Szatana, Lilith zaczęła szlochać razem z nim. Objęła rękoma jego głowę i starała się mówić bez załamywania głosu.
 -Ja też się cieszę !
 -Dziękuję ... że pozwoliłaś mi zostać ojcem !
Oboje płakali przez dłuższy czas. Aż szatan nie podniósł się z ziemi. Złapał delikatnie dłoń Lilith, i z oczami napuchniętymi od płaczu głosem pełnym ekscytacji powiedział.
 -Powiedzmy o tym reszcie. Na pewno będą szczęśliwi !
 -Chodźmy.
Wspólnie równym krokiem wrócili do sali balowej. Przy wejściu obserwowali ich Astaroth i Salomon, wyczekując ze zniecierpliwieniem tej pary.
Szatan i Lilith stanęli na środku sali uśmiechając się do siebie nawzajem.
 -Przepraszam bardzo !
Szatan krzyknął doniosłym głosem zwracając uwagę wszystkich w sali. Kiedy wzrok wszystkich był na nich skupiony Szatan dodał.
 -Będziemy rodzicami.
Nie była to głośna wiadomość, mimo to dotarła do wszystkich osób w sali.
W oczach Lucyfera pojawiły się łzy która szybko spłynęły po jego policzkach aż do kącików rozradowanych ust, uśmiechał się jednocześnie płacząc ze szczęścia. Nie zwracając uwagi na swoje łzy stanął przy przyszłych rodzicach. Obejmując ich jak małe szczęśliwe dziecko.
 -Na pewno będziecie świetnymi rodzicami.
Para lekko zdezorientowana w końcu odwzajemniła uścisk chłopca. Do czego Lilith dodała.
 -Lucyfer, nie płakałeś od naszego wesela.
Do uścisk dołączyła się Astaroth i Salomon stojący za plecami Szatana i Lilith, tak samo Baal ciągnący za sobą Dantaliona uścisnęli wszystkich.
Nagle Astaroth odsunęła się od wszystkich widząc przyszłość przed swoimi oczami. Fakt ten dostrzegł Lucyfer.
 -Astaroth. Co widziałaś ?
Spytał z poważnym wyrazem twarzy ocierając twarz mokrą od łez.
 -Brama Babilonu. Północ, otworzy się nad jakimś miastem.
 -To wszystko ?
 -Nie ... Widziałam dwa archanioły przy niej. I jednego Serafina.
Na twarzy Lucyfera do poważnej miny dołączył gniewny wzrok. Zagryzł lekko wargę. Po czym wydał rozkazy.
 -Słuchajcie. Zbierzcie wszystkie wojska. Wszyscy mają mi się stawić przed bramą Izraela.
 -Dobrze.
Potwierdzili wszyscy generałowi i zniknęli. Po za Szatanem trzymającym dłoń Lilith.
Podszedł do nich Salomon z Lucyferem który oznajmił im.
 -Lilith, będzie chyba lepiej jeżeli zostaniesz w zamku.
Słowa Lucyfera, lekko ocuciły kobietę która odpowiedziała.
 -Nie zgadzam się. Ciąża to nie choroba, po prostu założę gruszą zbroję.
Lucyfer patrzył na nią zdziwiony po czym przeniósł wzrok na Szatana.
 -Szatan, przekonaj swoją żonę.
 -Ale co ja mogę zrobić, jest uparta jak osioł. Nawet jeżeli obieca zostać, to i tak ucieknie by nam pomóc.
Lucyfer westchnął na tą sprawę, na jego ramieniu Salomon położył rękę.
 -Niech idzie. Jest utalentowana więc się przyda. Lilith, chodź ze mną. Przygotuję cię do walki.
 -Dobrze.
Odpowiedziała stanowczo, po czym spojrzała na Szatana, który wolno i delikatnie puszczał jej dłoń.
Kobieta poszła z Salomonem odprowadzona przez wzrok Szatana, który po tym jak zniknęła za zakrętem ruszył do swojej armii.



Gdy słońce zaczęło wschodzić nad horyzontem wszystkie wojska Lucyfera były gotowe do boju. A na ich czele stały najważniejsze i najsilniejsze demony.
W oddali widać było małą niebieską kropkę, na pomarańczowym tle nieba na które wschodziło słońce.
Lucyfer odwrócił swą twarz do swoich ludzi. Mimowolnie zwrócił wzrok ku Lilith, rozmawiającą wesoło z Astaroth.
Mam nadzieję że nic złego się nie stanie, powtarzał sobie w myślach, patrząc ślepym i zaspanym wzrokiem.
Od tyłu dość mocno klepnął go w plecy Szatan.
 -Nie martw się tak.
Wsparł go Szatan. Po chwili Baal również klepnął Lucyfera w plecy.
 -Słuchaj Szatana. Musisz być skupiony.
Baal dodał parę słów do rozmowy. Kiedy Lucyfer ze złością obrócił się do mężczyzn, oni byli uśmiechnięci jak nigdy, co nie pozwoliło Lucyferowi się złościć.
 -Nie martwię się ...
 -W ogóle.
Odparł Szatan, czochrając ręką jego ciemne włosy.
Do rozmowy przyłączył się Dantalion, pełen ekscytacji z powodu jego pierwszej dużej walki, na którą specjalnie ubrał lekką czerwoną zbroję.
 -Kiedy ruszamy ?
Spytał podekscytowany. Szatan zdjął rękę z głowy Lucyfera, który miał odpowiedzieć, chłopakowi jednak że wyprzedził go Baal.
 -To ty też idziesz ? Nie za wcześnie ?
Na twarzy Dantaliona pojawiła się irytacja wywołana ignorancją Baal'a.
 -No pewnie ! Szatan powiedział że mogę iść.
Odparł dumnie. Po jego słowach, Baal spojrzał na Szatana, który miał minę niczym kot który po stłuczeniu czegoś próbuje się wymigać. Po kilku sekundach ze wzrokiem Baal'a na swojej twarzy, Szatan się przełamał.
 -No dobra. Pozwoliłem mu walczyć, chłopak jest silny, i ma talent. Po za tym Lucyfer i tak nadał mu już tytuł generała.
Baal przeniósł swój wzrok na Lucyfera z identycznym wyrazem twarzy jak ten Szatana.
Ale Baal wiedział że jego wzrok nie zadziała na Lucyfera, więc zaprzestał penetrowania go wzrokiem.
Dantalion z każdą minutą niecierpliwił się co raz bardziej, aż w końcu spytał w prost Lucyfera.
 -Dlaczego jeszcze nie zaatakowaliśmy tej bramy ?
 -To proste. Nie ważne jak mocno uderzył w tworzącą się bramę, nie zniszczysz jej bo du puki ta nie zakończy swojej budowy, to nie będziemy w stanie jej dotknąć.
 -Ile to może potrwać ?
 -To kwestia godzin. Jak na razie widziałem tylko trzy Bramy, z czego jedna była wbudowana w wieżę Babel. Ale za raz wyruszamy, musimy powitać gości.
Lucyfer przyznał z uśmiechem skierowanym do Dantaliona.

Armie z Lucyferem na czele po kilku minutach ruszyły w stronę prawie już ukończonej bramy. Dotarli do niej nie by wale szybko, a więc czekali w pół kilometrowej odległości od drzwi bramy.
Brama zaczęła nabierać wyrazistych kolorów. Aż w końcu zaczęła się wolno otwierać. Wszyscy byli w pełnej gotowości, by przyjąć istoty z drugiej strony bramy.
Na twarzy Dantaliona ciągle królował uśmiech wywołany ekscytacją.
Kiedy brama została otwarta na oścież, wylały się z niej anielskie legiony.
Dantalion bez ostrzeżenia zaczął palić pierwszą linię wrogów, jego nagły atak dał znak pozostałym by ruszyli do boju.
Lucyfer, stał z tyłu i zbierał energię, gdy w końcu zdobył jej wystarczającą ilość ruszył z miejsca.
Nie zważając na wrogów przed nim, nawet nie zwrócił uwagi na 2 archanioły który wyłoniły się z bramy.
Lucyfer zatrzymał ruchy obu archaniołów, po czym zamknął siebie i bramę w ogromnej bańce.
Położył rękę na drzwiach, a z pod jego ręki wyszło czarne pęknięcie, które w krótkim czasie rozniosło się po całej bramie, aż co raz większe jej fragmenty zaczęły odszczepiać się od całości. Archanioły Michał władający mieczem, i Kamael uderzający w barierę strzałami z łuku, mimo to bariera Lucyfera, nawet nie słabła. Za to Brama była już nie do użytku, i w przeciągu Minuty pozostały po niej jedynie gruzy.
Gdy brama runęła, Lucyfer był bardzo osłabiony. Jego fioletowa bariera była co raz to bardziej matowa. Bariera pękła, Kamael miał już uderzyć osłabionego Lucyfera mieczem, kiedy jego uderzenie zostało sparowane nożem Baal'a.
A archanioł czasowo sparaliżowany magią Astaroth, i zaatakowany piorunem Szatana. Odleciał w stronę swojego towarzysza.
Między czasie Baal przeniósł siebie i Lucyfera na ziemię, gdzie Lucyfer mógł odpocząć.
 -Odpocznij sobie. My zajmiemy się resztą.
Baal polecił Lucyferowi, po czym odwrócił się by wrócić na front.
Za rąbek jego ubrania chwycił Lucyfer.
 -Baal. Dziękuję ...
Powiedział lekko zażenowanym głosem, co wprawiło Baal'a w radość.
 -Nie ma za co.
Odparł po czym zniknął. Lucyfer, westchnął patrząc w niebo gdzie jego armie walczyły z legionami aniołów.
Czuł swoją bezsilność, zużył tyle energii że nie jest w stanie się teraz ruszyć.
Michał odepchnął atakujących ich żołnierzy, w tym samym czasie Kamael naprężył cięciwę swego łuku i wystrzelił strzałę w kierunku Lucyfera.
Widział jak ta leci w jego stronę ale nie był w stanie nic zrobić, bał się pierwszy raz od wielu lat, mimo to, nie zamknął oczu, patrzył na strzałę która przyniesie mu śmierć ...
*
*
*
Ale w linie strzału rzuciła się Lilith tworząc po między sobą a Strzałą trzy ścianową barierę, ale strzała przebiła pierwsze 2 ściany. Pozwalając Lilith skupić swą moc na ostatniej ściance. Która po chwili pękła. Przebijając klatkę piersiową kobiety.
Lecz ta nie wypuściła strzały ze swojej piersi. Szeroko rozpostarła swoje skrzydła. I manipulując wiatrem zatrzymała strzałę w sobie aż ta nie straciła mocy.
Lilith, zaczęła wolno opadać, kiedy zbliżała się do ziemi. Lucyfer pobudzając swoje mięśnie małymi wstrząsami elektrycznymi, złapał ją nim ta rozbiła się o ziemię.
Położył ją ostrożnie na ziemi, z łzami w oczach, przyciskał jej ranę by ta nie wypuszczała więcej krwi.
 -Lilith. Trzymaj się ! ... Zaraz cię uratujemy ... Astaroth ! Chodź tu !
Wrzasnął w stronę nieba, a u jego boku pojawiła się Astaroth.
 -Co się ... Lilith !
Kobieta, klękła przy swej koleżance której krew wypływała z ust. Lilith, otworzyła oczy i skierowała twarz ku Lucyferowi i Astaroth, po czym osłabionym głosem powiedziała.
 -Astaroth ... Lucyfer ... Nic ci nie jest ?
 -Nic ! Dzięki tobie !
Kobieta uśmiechnęła się pomimo metalicznego smaku krwi w swoich ustach.
 -To dobrze ...
 -Dlaczego to zrobiłaś ?! Dlaczego mnie osłoniłaś. Przez to ... ty ...
 -Nie martw się ... gdybyś umarł ... to było by kwestiom czasu kiedy my też byśmy zginęli ...
Z oczu Lucyfera nie kontrolowanie zaczęły lecieć łzy, które starał się ukryć. Widząc to, Lilith uśmiechnęła się.
 -Jedyne czego żałuje, to tego że nie będę mogła powiedzieć swojemu dziecku że ... że je kocham. Że dziękuję za ... jego obecność pomimo że jest taki malutki ... że pozwolił mnie i Szatanowi cieszyć się ... i być jego rodzicami ...
Pod koniec swojej wypowiedzi, dziewczyna rozpłakała się do reszty.
 -Powiedzcie Szatanowi że zawsze go kochałam ... i że ... że nigdy nie przestanę ...
Z oczu Lilith, po woli zaczęło uchodzić życie, z każdą sekundą były co raz bardziej matowe aż w końcu jej spojrzenie stało się całkowicie puste.
 -Lilith ! Lilith ! Lilith !!!
Lucyfer wrzeszczał do dziewczyny starając się ją obudzić.
Astaroth stojąca za nim, wiedziała że od samego przyjęcia przez nią strzały, dziewczyna nie miała szans, ale nie była w stanie przekazać tego Lucyferowi. Płakała na równi z Lucyferem, ale ukryła swoją twarz w dłoniach.
Po kilku sekundach dołączyli do nich zmęczeni Baal i Dantalion. Oni bez pytań zaczęli płakać, stojąc za plecami Lucyfera, i Astaroth.
Astaroth,- dotknęła brzucha kobiety z żalem myśląc o jej nie narodzonym dziecku. Na jej twarzy pojawiło się zmartwienie, i zaskoczona mina.
 -Odsuńcie się !
Rozkazała w jednej chwili. Rozdzierając zbroje kobiety, i jej szatę, odsłoniła jej brzuch na którym starannie wymalowana była pieczęć.
Wszyscy po za Astaroth patrzyli z zastanowieniem na pieczęć. Kiedy Astaroth, rozcięła podbrzusze kobiety i wyciągnęła z niej świecącą kule na zielono kule.
 -Lilith otoczyła płód swojego dziecka barierą, do tego Salomon nałożył na niego barierę wzmacniającą.
Astaroth, patrzyła na kule w swoich rękach w której umieszczony był miesięczny płód. Miesięczny, pomimo iż Lilith zaszła w ciąże stosunkowo nie dawno. Zdaniem Astaroth jedynym logicznym wyjaśnieniem było to że demoniczne płody rosną szybciej.
Nagle pojawił się Szatan, cały poharatany i poraniony, dyszał ze zmęczenia klęcząc na ziemi.
 -Ja ... zabiłem tego skurwiela ... tego co zabił Lilith.
Z oporem podniósł głowę by spojrzeć na swoich towarzyszy, dostrzegł trzymany przez Astaroth płód. I płacząc podszedł do kobiety.
 -Czy to ... czy to ...
 -To twoje dziecko.
Dokończyła za niego Astaroth, uśmiechając się jednocześnie plącząc.
 -Ale. On nie przeżyje ... jest za młody by przeżyć po za łonem matki.
Słowa Astaroth były jak cios, prosto w brzuch dla wszystkich. Szatan zacisnął zęby, i położył rękę na barierze swej dłoni.
Lucyfer zdziwiony spytał.
 -Co ty robisz ?
 -Oddaję mu swoją energię życiową.
Odparł jak gdyby nigdy nic. Przelewając całą swoją energię w rozwijający się w barierze płód.
 -Ale ty zginiesz !
 -Nie obchodzi mnie to ! ... To moje dziecko ... mój syn, nie pozwolę mu zginąć. Jakim był bym wtedy ojcem ? ... Chcę robić dla niego wszystko co w mojej mocy, dać mu wszystko co mogę, chcę widzieć jak dorasta, cieszyć się razem z nim i cieszyć ... poznać jego pierwszą miłość ... ale jeżeli on umrze to nikt tego nie zobaczy, po za tym ... ja już i tak powinienem dawno zginąć ... A to ... to mój ojcowski obowiązek.
Słowa Szatana brzmiały odważnie i męsko. Ale nie był wstanie powstrzymać się od łez, spoglądał na ciało swojej żony kiedy opadał z sił, ni na chwile nie przestawał oddawać swojego życia synowi.
Padł na kolana z wyciągniętą ręką trzymającą barierę z co raz ro starszym płodem.
 -Mam ... do was pytanie... jakie były ... ostatnie słowa Lilith ?
Zapadła cisza, którą przerwały słowa Lucyfera.
 -"Powiedzcie Szatanowi że zawsze go kochałam, i że nigdy nie przestanę"  ...
 -Co za idiotka, zamiast martwić się o siebie, myślała o mnie ... Właśnie ...
Dziecko, po chwili zaczęło płakać zachwycając tym wszystkich nawet własnego ojca.
 -Ej no ... malutki. Nie płacz. To ma być szczęśliwy dzień ... to w końcu twoje urodziny. Jeszcze tego nie wiesz ... ale ci ludzie tutaj, to twoja najbliższa rodzina. Wierzę że zaopiekują się tobą pod nie obecność moją i twojej mamy ... Kochani... dziękuję wam za wszystko...
Z ostatnimi słowami szatana, ten padł na ziemię, obok swej żony, łapiąc ją za rękę. Bariera Lilith zniknęła a dziecko o gęstej zielonej czuprynce wylądowało w ramionach Astaroth, która zerwała swoją pelerynę i owinęła nią noworodka. Uchylił on lekko powieki, odsłaniając zapłakane błękitne oczy odziedziczone po swoim ojcu.
Lucyfer, przez chwilę nie ruszał się ni centymetra, aż w końcu wyrwał w powietrze. Masakrując ciała wszystkich aniołów, po czym zabił drugiego archanioła.
Po spuszczeniu na ziemię deszczu krwi, sam opadł z sił i spadł prosto w objęcia Baal'a.




















Salomon

Do kamiennego pokoju światło wpadało jedynie przez zakratowane okno umieszczone na ścinie tuż pod sufitem.
W świetle które przez nie padało Salomon czytał starą poniszczoną książkę. Podmuchy wiatru od czasu do czasu poczochrały jego blond włosy.
Z boku na na czerwonym fotelu siedział lucyfer pisząc pisząc coś w notatniku.
 -Co tam zapisujesz ?
Spytał uśmiechnięty Salomon podnosząc wzrok znad książki. Lucyfer przerwał chwilowo pisanie i odpowiedział Salomonowi.
 -Sam ostatnio mówiłeś bym zaczął pisać notatnik dla odprężenia.
 -Tyle że nie myślałem że mnie posłuchasz.
Salomon zachichotał pod nosem, patrząc z jaką starannością Lucyfer pisze w notatniku.
 -Miło będzie to później poczytać. Nazwę te notatniki ... Grimuary.
 -A więc będzie więcej niż jeden. Miło wiedzieć że masz jakieś zajęcie. Nie słyszałem żebyś zajął się czymś od wojny w Izraelu.
Salomon, zagiął stronę czytanej Książki i odłożył ją na bok.
Wrócił myślami do pierwszego spotkania z Lucyferem.
Siedział całkowicie sam w zamkowym lochu czytając książki w pół mroku, nie miał by nic przeciwko takiemu życiu gdyby nie spotkał Lucyfera.
Złożona przez niego oferta wyzwolenia Izraela spod rządów aniołów była nie do odrzucenia przez Salomona.
 -Wiesz. Cieszę się że pozwoliłeś nam tu zostać przez pewien czas.
 -Zbyt często to powtarzasz. Przecież nie pozostałeś mi nic dłużny. Wyzwoliłeś moich ludzi, no i dałeś mi oczy demona dzięki którym mogę czytać książki w każdym języku.
 -Tylko tyle mogłem dla ciebie zrobić, gdy odmówiłeś zostania 5 generałem.
Stwierdził Lucyfer, następnie wstał i siadł przy fotelu Salomona. Ten położył rękę na jego głowie i zaczął go po niej delikatnie głaskać.
 -Wiesz że nie mogę tego zrobić. Nie chciałem nigdy być królem a generałem tym bardziej. Chcę po prostu być poczciwym człowiekiem posiadającym wiele przyjaciół. Nie zależy mi też na wiecznym życiu, jestem gotowy umrzeć choćby w tej chwili, gdyż wiem że moi przyjaciele nigdy o mnie nie zapomną.
 -Jesteś głupi Salomon.
Stwierdził Lucyfer, przez co Salomon się roześmiał.
 -Pewnie masz rację.
Drzwi do pokoju otworzyły się a w progu stanęła Astaroth która została od razu przywitana przez Salomona i Lucyfera.
 -Lordzie Lucyferze. Chcę poprosić o zwolnienie z trenowania Dantaliona.
Lucyfer wstał z podłogi i od razu spoważniał.
 -Dlaczego ?
 -Chodzi o moc Dantaliona.
 -W końcu się pojawiła ?
Spytał podekscytowany. Astaroth, z lekko przerażoną miną odpowiedziała.
 -Tak, widziałam ją przed chwilą. Dantalion jest w stanie władać ogniem.
Lucyfer po wyjaśnieniu Astaroth był w stanie zrozumieć lęk na jej twarzy, i prośbę o zwolnienie.
Astaroth posiadała sporą awersję do ognia, od momentu gdy została spalona na stosie.
 -Dobrze, nie musisz już go uczyć. Tylko proszę poproś Szatana by zajął się jego treningiem za ciebie.
 -Dobrze.
Odpowiedziała, i wykręciła się na pięcie by wyjść, ale zanim to zrobiła jej ręka została złapana przez Salomona.
 -Astaroth. Musisz się trochę uspokoić.
Zalecił jej Salomon, po czym musnął delikatnie po policzku, uśmiechając się do niej swymi zielonymi oczami. Astaroth od razu odwzajemniła uśmiech.
 -Dziękuję.
Odpowiedziała i wyszła, w minimalnie lepszym stanie psychicznym.
Salomon zamknął za nią drzwi. Na swoich plecach wyczuł wzrok Lucyfera. Więc wolno się odwrócił.
 -Coś się stało ?
Spytał patrzącego na niego podejrzliwym wzrokiem Lucyfera.
 -Jak ty to robisz ?
 -Ale co ?
 -No to że jesteś taki energiczny jednocześnie nie będąc energiczny.
 -... Co ?
 -Na przykład, to że uspokoiłeś Astaroth swoim głosem i dotykiem.
Salomon ponownie roześmiał się przez słowa Lucyfera, obejmując swój brzuch. Kiedy przestał się śmiać, objął Lucyfera od tyłu i wyszeptał do ucha.
 -Przecież potrafisz to samo. Wiesz że rozmawiam często z Astaroth, Baal'em i Szatanem ? Czasem też z Dantalionem i Lilith. Opowiadali mi jaki to miły byłeś dla nich przy pierwszym spotkaniu. Bycie miłym dla przyjaciół to żadna filozofia, ale bycie miłym dla nowo poznanych osób to dopiero coś.
Salomon przechylił się do przodu i wraz z Lucyferem padli na podłogę wyłożoną książkami.
Lucyfer leżał sztywno pod Salomonem podpierającym się rękoma by nie upaść na chłopaka.
 -Co ty robisz ?
Spytał poirytowany Lucyfer.
 -Wybacz. Straciłem równowagę.
Rozbawiony ton Salomona jeszcze bardziej poirytował Lucyfera a ta bliskość zawstydziła go i sprawiła że się zarumieniła, co sprawiło że uciekł spod Salomona i opuścił pokój Salomona.


Lucyfer, otworzył duże drewniane drzwi prowadzące do jego łaźni. Po drodze do wanny zrzucił ręcznik zawiązany na biodrach zostawiając go na swojej wykafelkowanej drodze.
Ostrożnie znużył swoje nogi w ciepłej wodzie z której wydobywała się gęsta para. Zanurzył swoje całe ciało w gorącej wodzie, po czym szybko się wynurzył rozchlapując wodę.
 -Ale dobrze ...
Wymamrotał pod nosem. Oparł się o brzeg wanny i zadarł głowę wysoko głęboko oddychając.
 -Masz rację.
Stwierdził Salomon, siedzący po drugiej stronie wanny na przeciw Lucyfera. Lucyfer nie przerywając relaksu odpowiedział.
 -Co nie ? ... Salomon ?!
Krzyknął ze zdziwieniem. Otworzył szeroko oczy kiedy para zaczęła się przerzedzać, odsłaniając siedzących w wannie Salomona, Szatana, Dantaliona, Lilith, Baal'a i Astaroth.
Lucyfer rozglądał się po zebranych w jego dużej wannie.
W prawym boku wanny siedziała w kolejności od Lucyfera Astaroth, Lilith i szatan, a po lewej Dantalion i Baal.
 -Co wy tu wszyscy robicie ! Przecież to moja łazienka !
Astaroth zanurzona w wodzie aż po piersi rozmiaru F odpowiedziała na pytanie.
 -Salomon nas zaprosił.
 -Po co ?! Dlaczego do mnie ?!
Salomon rozradowany odpowiedział na pytanie Lucyfera.
 -Wydawałeś się zestresowany.
 -I myślałeś że to mnie odpręży ?!
 -Miałem taką nadzieje.
Przyznał Salomon, mimo iż Lucyfer dobrze wiedział że Salomon zrobił to dla zabawy.
Zarumienił się, i patrzył w wodę przed siebie. W ten podpłynęła do niego Lilith i spytała.
 -Co ci się stało w usta ?
Złapała Lucyfera za dolną w której lewym rogu widniał nie duży strup.
 -A ... to nic. Nie ważne. Odpowiedział, nie przejmując się bliskością Lilith i tym że ręka na której się podpiera umieszczona jest przy jego nogach.
 -Lilith, siadaj no tu. Tyłek ci widać.
Stwierdził szatan łapiąc Lilith za nogę i przyciągając do siebie. Astaroth patrząc na Lucyfera spytała go.
 -Znowu się czymś denerwujesz ?
 -Tak. Ale to nie ważne.
Salomon przyglądając się ich rozmowie z boku, obserwował uważnie zachowanie Lucyfera i z tego powodu wtrącił.
 -... A może porozmawiamy o imionach nadanych przez Lucyfera ?
W jego głosie dało się wyczuł ekscytację która zachęciła wszystkich do rozmowy.
Dantalion, patrzył ze zdziwieniem na wszystkich aż w końcu zdecydował się spytać.
 -O co chodzi z imionami ?
 -Widzisz Dantalionku, Lucyś dodaje do różnych słów kilka liter i tak nadaje imiona nowym demonom. Słyszałeś kiedyś o mniszku lekarskim ?
 -... chyba tak.
 -Jedna z jego nazw to Dandelion. Jeżeli zamienisz "de" na "ta" wyjdzie nam Dantolion. Czyli twoje imię.
Salomon wyjaśnił Dantalionowi dość szczegółowo powstanie jego imienia, przez co ten nieco wkurzony patrzył na Lucyfera.
 -A co do Lilith ? To jest akurat proste. Kwiat Lilia odcinamy "a" dodajemy "th" i mamy Lilith.
Salomon wyjaśnił tym razem na przykładzie Lilith.
 -Dantalion to męskie imię, a Lilith pasuje do włosów naszej Lilith. To bardzo dobre imiona. Co nie ?
W łaźni zapanowała cisza, która została przerwana przez głośnego świerszcz.
Baal przemówił przerywając świerszczowi.
 -Świerszcz Lucyfera ma racje. Ale nie możemy narzekać w końcu Lucyfer jest dla nas jak ojciec.
 -Mimo iż wygląda jak wasz młodszy brat.
Dodał Salomon do wypowiedzi Baal'a. Wszyscy po za Lucyferem zaczęli się chichotać. Szatan chichocząc spytał.
 -Właśnie Lucyferze. Dlaczego ciągle wyglądasz jak dziecko ? Najpierw myślałem że każdy dzieciak zamieniony w demona nie zmienia swojego wyglądu, ale Dantalion jest z nami od 2 lat, i ciągle rośnie.
 -A bo ja wiem ?
Odpowiedział zdezorientowany Lucyfer, co prawda nie przeszkadzał mu taki wygląd jaki posiada.
Kątem oka Lucyfer, dostrzegł ciężko oddychającą Lilith która wyglądała jakby miała zaraz zemdleć.
 -Ej, Lilith. Wszystko w porządku ?
Spytał z troską w głosie. Ta lekko otworzyła oczy i odpowiedziała.
 -Tak. Po prostu trochę kręci mi się w głowie.
 -Chodź, pomogę ci wyjść.
Zaproponowała Astaroth. Cała naga wyszła z wanny i wyciągnęła Lilith za sobą. Obie szły nago przez łaźnie odprowadzone jedynie przez wzrok Szatana.
 -Myślicie że chodzi o kobiece sprawy ?
 -Za pewne ...
Astaroth, otworzyła drzwi i przepuszczając Lilith przez drzwi lekko musnęła jej brzuch.
 -Lilith, ty...
Zanim Astaroth. Lilith zorientowała się że Astaroth odkryła jej sekret więc pociągnęła ją do pokoju Lucyfera.
 -Ciiii ! Astaroth.
Wyszeptała do kobiety za zamkniętymi drzwiami.
 -Ale ... Lilith ... od kiedy wiesz ?
 -Od kilku dni.
 -Powiedziałaś już Szatanowi ?
 -Nie jeszcze nie. Przez ostatnie dni był strasznie zajęty, więc nie chciałam mu przeszkadzać.
Astaroth stała jak wryta, po czym objęła Lilith w ramionach.
 -Tak się cieszę !
Wyznała przejętym głosem i łzami w oczach. Lilith odwzajemniła jej uścisk i stwierdziła.
 -Ja też. Ale ... stoimy całkiem nagie w pokoju Lucyfera ...

Dantalion (Upadła wieża)

Wojska Lucyfera zaczęły gromadzić się na wzgórzu w pobliżu miasta w którego centrum wznosiła się gigantyczna wieża której szczyt znikał w chmurach.
U stup wieży mieściło się miasto pełne rycerzy, patrolujący zaniedbane i poniszczone ulice. Całe miasto przypominało zrujnowane slamsy.
Lucyfer stał na urwisku spoglądając bezbarwnie na ponure miasto.
Za jego plecami stali ubrani w pół zbroje, Baal, Astaroth i Szatan. Oczekujący na rozkazy Lucyfera. Szatan zniecierpliwiony tym czekaniem, zagadnął do Lucyfera.
 -Ej Lucyfer, na co czekamy ?
Lucyfer odwrócił się i uśmiechnął.
 -Czekamy na odpowiedni moment.
 -W sensie jaki ?
 -Powiem wam jak już nadejdzie.
Oparł Lucyfer, dostrzegł piękną kobietę o krótkich średniej długości ciemno zielonych włosach i oczach odcienia seledynu.
Poklepała Szatana lekko po ramieniu, by ten na nią spojrzał.
Odwrócił głowę i odpowiedział na jej zaczepkę.
 -O co chodzi ? Lilith ?
 -Wszyscy są już gotowi do ataku.
Oznajmiła z uroczym uśmiechem na twarzy. Szatan odwzajemnił jej uśmiech po czym odpowiedział.
 -Dziękuję. Dobrze się spisałaś.
Lucyfer, podszedł do Lilith i Szatana z przyjemnym wyrazem twarzy.
 -Witaj Lilith, dawno się nie widzieliśmy.
 -Och, lord Lucyfer. Miło pana widzieć.
 -Ciebie również. Ponoć dobrze się spisujesz w legionie Szatana.
 -Mam nadzieję. Jest dość nie ostrożny, no i wiele trzeba po nim sprzątać. Ale ogólnie jest dobrym generałem.
Szatan stojąc pomiędzy Lucyferem a Lilith wrzasnął przysłaniając pięścią usta, uświadamiając im że stoi między nimi.
 -Spokojnie Szatan, wszyscy wiedzą że jesteś nie dokładny. Każdy ma swoje wady. Na przykład Lilith jest narwana.
Po słowach Lucyfera, Lilith zarumieniła się, i zniknęła w tłumie. Kiedy zniknęła, Szatan zaśmiał się, głośno.
 -Dobrze tu ująłeś.
Przyznał, oglądając się za Lilith. Astaroth i Baal obserwując tą sytuację z boku uśmiechali się, wszyscy dobrze znali Lilith jako prawą rękę Szatana, i prawdziwa piękność.
Lucyfer zwrócił się do trójki swoich generałów.
 -Słuchajcie. Powtórzę jeszcze raz. Waszym zadaniem jest pokonanie jak największej liczby aniołów, do puki nie zniszczę wieży która jest bramą dla aniołów. Jeżeli spotkacie jakieś dzieci, niech ktoś zabierze je za miasta, na ten klif. W porządku ?!
 -Tak
Cała trójka generałów potwierdziła jednomyślnie, po czym za pozwoleniem Lucyfera, oni jak i cała armia wyruszyli na Babel.


Po krótkim czasie walki przewaga leżała po stronie armii Lucyfera choć on sam nie zadał ani jednego ciosu.
W pierwszej linii walczyli generałowie, Baal używając swojej techniki perfekcyjnego parowania ciosów swym długim ostrzem. Odbijał każdy atak zadany w jego kierunku.
Szatan kontrolujący błyskawice które wypuszczał ze swojego ciała, smażył swoich przeciwników.
No i Astaroth walcząca przy pomocy swojej szpady rozcinała swoich wrogów na pojedynczego kończyny.
Wśród nich prawie że na równym poziomie walczyła Lilith, z jej nerek rozpościerały się szerokie nietoperze skrzydła. Dzięki którym kontrolowała powietrze w okół siebie tworząc z niego ostre kosy którym towarzyszyły głośne świsty.
Lucyfer ze swymi rozstawionymi czarnymi skrzydłami przelatywał jak burza uliczkami miasta.
Zatrzymał się gdy dostrzegł pół żywego chłopca obok którego stał zdyszany anioł.
Lucyfer znienacka kopnął go głowę tym samym urywając ją i niszcząc za jej pomocą ścianę pobliskiego budynku.
Chłopiec rzygnął krwią, i z trudem podniósł powieki odsłaniając szkarłatne oczy.
Spojrzał zmęczonym wzrokiem na Lucyfera, wyciągającego miecz z jego ciała, gdy tylko go wyjął chłopiec padł w ramiona Lucyfera. Lekko przeniósł głowę chłopca na swoje kolana, a swoją dłoń na jego klatkę piersiową wywarzając pod swą dłonią fioletowe światło. Chłopiec otworzył oczy nie podnosząc głowy z kolan Lucyfera spytał.
 -Kim jesteś ?
 -Nic nie mów i niczym się nie martw. Zaraz cię stąd zabierzemy.
Chłopiec słysząc to podniósł się z ziemi i odparł klęczącemu Lucyferowi.
 -Nigdzie nie idę ! Zostanę tu i będę walczył !
Lucyfer zaintrygowany wgapiał swój wzrok w chłopca.
 -Ale jesteś dzieckiem, nie możesz walczyć z aniołami.
 -Nie jestem dzieckiem ! Mam już 15 lat ! Po za tym ty też jesteś jeszcze dzieckiem.
Lucyfer wyraźnie poirytowany stanął na przeciw chłopaka, i w jednej dłoni ścisnął mu policzki. I przemówił do niego przeraźliwym tonem głosu.
 -Słuchaj no tu mnie. Jestem o wiele starszy od ciebie. Jasne ? A teraz słuchaj. Moi ludzie zajmą się tym miastem, ty i twoi koledzy będziecie bezpieczni, ale musicie stąd uciekać.
Chłopak uważnie słuchał słów Lucyfera, ale kiedy ten skończył mówić. Chłopak wyrwał się z uścisku.
 -Nie ma mowy ! Będę walczył, i zamszę się na tych aniołach !
Lucyfer stał jak wryty przez słowa dzieciaka. W tak młodym wieku miał w sobie potężną energię która pozwalała mu na zostanie generałem.
 -Jak masz na imię ?
 -... Nie mam ...
 -Co ? Jak to ?
Chłopiec spuścił wzrok, i zaciskając pięści wyznał.
 -W tym mieście nie nadają nam imion. Ściągają nas tu kiedy umiemy mówić i chodzić. Tych słabszych fizycznie zabierają do wieży. A tych silniejszych szkolą na rycerzy, mimo to wielu umiera podczas treningu albo z powodu choroby ... przez nich ... przez nich zabiłem wielu swoich przyjaciół ! ...
Chłopiec zaczął ocierać oczy z napływających do nich łez.
Wyjaśnienie chłopca zszokowało Lucyfera. Objął w mocnym uścisku chłopca, głaskając po brunatnych włosach szepnął do jego ucha.
 -Dantalion, tak się nazywasz. Zrozumiałeś ?
Chłopiec w milczeniu pokiwał głową. Lucyfer odsunął się od chłopca, i podszedł do miejsca w którym po chwili wylądował Szatan.
 -O co chodzi ?
Spytał, dysząc i odgarniając włosy z twarzy. Lucyfer wskazał na chłopaka za nim i polecił Szatanowi.
 -Już prawie koniec. Więc zrób coś dla mnie. Weź tego dzieciaka, i pokaż mu jak walczyć.
 -No dobra.
 -Tylko pilnuj go.
 -Tak, tak.
 -W porządku. To ja lecę zrobić swoje.
Stwierdził po czym wystrzelił z ziemi. Leciał jak strzała przez całe miasto mijając swoich towarzyszy i wrogów.
Zatrzymał się przed wieżą Babel. Położył na niej dłoń tworząc pod nią ogromną wyrwę na połowę szerokości wieży.
Wyrwa zakłucia równowagę wieży, przez co ta zgięła zaczęła pękać, a jej fragmenty spadać na miasto pod nią.
Lucyfer odleciał sprawdzając między czasie czy jego armia na pewno się wycofała.
Wylądował na klifie gdzie wszyscy już na niego czekali.

Szatan (Próba wody)

-Zebraliśmy się tutaj by zakończyć żywot tych heretyków !
Tłum słuchał uważnie każdego słowa wydobywającego się z ust kapłana. Od czasu do czasu spoglądając na ludzi za plecami kapłana który ciągnął dalej swoją przemowę.
 -Ci heretycy dopuścili zabijania księży ! i wykradanie czarownic sprzed sądu borzego ! Z tym szarlatanem na czele !
Ksiądz wskazał na mężczyznę o długich białych włosach spiętych w kucyk spięty na środku ciemieni. Patrzył na plecy kapłana swoimi błękitnymi oczami przypominające dwa jeziora
Mężczyzna uśmiechał się kiedy kapłan wskazywał go jako przywódcę grupy, co dodatkowo wkurzało księdza.
Do białowłosego podszedł rycerz i upewnił się że pętla na szyi mężczyzny jest dobrze zawiązana.
W okół jego szyi zawiązana była pętla z drugiej strony przywiązana do sporego i ciężkiego kamienia, który miał pociągnąć go na samo dno rzeki po zrzuceniu z urwiska.
Mężczyzna starał się nie przejmować swoim wyrokiem, wiele razy miał już okazję zginąć ale zawsze sam spadał na cztery łapy albo ktoś ratował go z opresji, bardziej martwił się swoimi kolegami który drżeli ze strachu.
 -Mam nadzieje że nie będziemy długo cierpieć ...
Wyszeptał pod nosem, wraz z końcem przemowy księdza. Kat rozkazał mu podnieść kamień, co od razu uczynił.
Rycerz popychał mężczyznę nad skraj urwiska, aż do momentu gdy ten zatrzymał się przed linią urwiska.
Z tego miejsca widział dobrze, wodę która stanie się jego grobem była mętna gdyż słońce rzadko do niej dochodziło, a w głębi rozkładały się wcześniej wrzucone ciała. Ksiądz podszedł do białowłosego który stał do niego bokiem, trzymając kamień przy piersi.
 -Czy chcesz w ostatnich chwilach swego życia powiedzieć coś bogu ?
 -Jedną rzecz. Jeżeli na prawdę istniejesz. To jesteś prawdziwym fiutem pozwalając na zabijanie kobiet, dzieci i mężczyzn.
Twarz księdza poczerwieniała wyraźnie pokazując jak to co powiedział biało włosy go wkurzyło.
 -A ty chodź, lecisz ze mną.
Oznajmił kapłanowi, uwalniając jedną rękę od ciężkiego kamienia i łapiąc za szatę księdza. Odchylił się do tyłu, pociągając za sobą kapłana z czego był niesamowicie dumny i zadowolony.
Ich ciała bezwładnie obracały się w powietrzu. Aż nie uderzyli o nieruchomą wodę.
Pętla na szyi mężczyzny zaczęła się zaciskać pod wpływem Kamienia na końcu liny. Złapał za nogę kapłana i ciągnął go za sobą. Uznał że marna walka o życie jest warta mniej od zabrania go osobie tak złej jak ten kapłan.
Kamień uderzył o dno, mężczyzna dalej zaciskał rękę na nodze kapłana starającego wypłynąć na powierzchnie.
Z jego ust uleciały resztki jak że to ważnego w tej chwili powietrza. Pętla zaciskająca się na jego szyi zaczęła sprawiać ból przy poruszaniu. Otworzył jak szeroko usta nie mogąc już wytrzymać, płuca po woli napełniały się wodą dławiąc przy tym człowieka który jednocześnie czuł się jakby oczy miały wyskoczył mu z orbit.
W uszach rozbrzmiewały mu głuche dźwięki, których nie mógł wytrzymać.
W myślał zaczął błagać, błagać o szybką śmierć. W tym czasie wypuścił kapłana którego już martwe ciało wypłynęło na powierzchnie.
Mężczyzna nie mógł już nic zrobić, jakikolwiek ruch nie był możliwy. Brak powietrza sprawił że jedyne co czuł to co raz wolniejsze bicie jego serca które po chwili się zatrzymało.

Mężczyzna szybko otworzył oczy i spojrzał w czyste błękitne niebo. Był cały mokry, i mimowolnie brał głębokie wdechy.
 -Co ... ja tu robię ?
Spytał sam siebie zaciskając dłoń na piersi. Wstał ostrożnie. I zobaczył czarnowłosego chłopca, przykrywającego się czarnymi skrzydłami wyglądał jakby miał zaraz wyzionąć ducha. Dyszał strasznie kiedy woda spływała po jego skrzydłach i całym ciele.
Biało włosy rozejrzał się dookoła nie było nikogo po za jego kolegami również całymi mokrymi, i spokojnie leżącymi na trawie. No i po za rozszarpanymi ciałami rycerzy, w których krwi leżały miecze i fragmenty zbroi. Mężczyzna przysunął się do chłopca z czarnymi skrzydłami.
 -Hej. Co tu się stało ?
Spytał kładąc dłoń na plecach chłopca. Ten podniósł wzrok, odetchnął i odpowiedział.
 -Nic ... po prostu wam pomogłem ... spodobała mi się twoja przemowa.
Przyznał z uśmiechem który pojawił się również na twarzy mężczyzny przed nim.
 -No to dziękuję ci za to. A tak w ogóle, wszystko z tobą w porządku ? Nie wyglądasz najlepiej.
 -Spokojnie. Nic mi nie jest. Po prostu nie umiem pływać i trochę ciężko było was powyciągać-Wyznał gdy jego oddech uregulował się dostatecznie-... Ej chwila. Nie ciekawią cię moje skrzydła ?
Mężczyzna spojrzał na chłopaka mówiącego o swoich skrzydłach, i z zamyśleniem odpowiedział.
 -Nie za bardzo. Chciałem o nie zapytać, ale uznałem że sam w końcu zaczniesz.
 -Heh. Jesteś dość zabawny.
Stwierdził Lucyfer po czym się roześmiał. Mężczyzna, zorientował się że jeszcze się nie przedstawił, no i wyciągnął rękę do czarnowłosego.
 -Jestem Arthur. Miło cię poznać, i dziękuję za uratowani nas.
 -Och. Ja jestem Lucyfer. I nie zrobiłem tego bez powodu.
 -O, a jaki to miałeś powód ?
 -Chciałem ci zaproponował zostanie jednym z moich generałów.
Arthur ucichł na moment i spojrzał intrygująco na Lucyfera.
 -Jesteś jakimś księciem ?
 -No ... nie do końca. Ale mam dość sporą armię, i dwóch generałów do pomocy. Chcesz zostać trzecim ?
Za plecami Lucyfera pojawił się Baal i Astaroth, klęknęli i Baal przemówił.
 -Panie Lucyfer we wsi znaleźliśmy dziewiętnaście aniołów, pozbyliśmy się wszystkich.
 -Ja się pozbyłam.
Wtrąciła się Astaroth mając złośliwy uśmiech na twarzy, z powodu poddenerwowania Baal'a.
 -Ja zabiłem 9 ...
Dodał Baal, po czym zamilkł.
Lucyfer powitał ich z uśmiechem.
 -Dobrze że przyszliście, to jest trzeci generał.
 -Ej, jeszcze się nie zgodziłem. Chociaż ...
Odparł Arthur, ale Lucyfer za niego dokończył.
 -Słyszałem za co się skazali, chyba mi nie odmówisz. Zajmujemy się tym samym co i ty, tyle że na większą skalę i z większą żołnierzy. Co ty na to ?
Arthur, spojrzał na Lucyfer, Astaroth i Baal'a, po czym odpowiedział.
 -W porządku. Co mam do stracenia ? przecież już utonąłem.
 -O no i już nie możesz nazywać, się Arthur.
 -Co ? Dlaczego ?
 -Nazywają nas Demonami, więc nie możemy posiadać ludzkich imion. Dlatego nazywać się będziesz "Szatan" !
W towarzystwie zapadła głucha cisza, którą przerwał hałaśliwy świerszcz.
Astaroth przerwała świerszczowi pytaniem do Lucyfera.
 -Serio ?
 -O co wam chodzi ? Szatan to dobre imię.
Baal odpowiedział na pytanie Lucyfera.
 -Zawsze wymyślasz dziwne imiona, z mojego wystarczy odjąć jedno "A"  I można mnie pomylić z imprezą towarzyską.
Kiedy Baal skończył Astaroth dodała.
 -Za to moje "Astaroth" jeżeli usuniesz parę liter wychodzi "Staro"
Lucyfer wyglądał na zestresowanego faktem że odkryto jak tworzy imiona, ale by tego nie pokazać spytał.
 -Ale co macie do imienia "Szatan" ?
 -Dodałeś po prostu "N" Bez tego wychodzi "Szata".
Stwierdził Szatan. Uśmiechając się, do przerażonego Lucyfera.
 -Czepiacie się, i tyle. Wasze imiona muszą być wyjątkowe, bo jesteście generałami. A po za tym, nie macie czegoś do roboty ? Baal, zrób zwiad dookoła wioski. Astaroth, zabierz Szatana do miasta i wyjaśnij jego rolę.
 -Tak.
 -Tak.
Oboje potwierdzili i zniknęli by wykonać swoje zadania.

Baal (Potop)

Chłopiec biegł pomiędzy uliczkami zaciskając w brudnych od krwi dłoniach skąpane w krwi ostrze noża. Kropelki krwi wymieszane z potem skapywały z jego podbródka.
Zaczynało braknąć mu sił, ale wiedział że zatrzymanie się będzie jedno znaczne z oddaniem się w ręce swojemu przeznaczeniu czyli śmierci. Więc zaciskając zęby i pięści biegł dalej.
Gołymi stopami uderzał o wybrukowaną alejkę miasta. Specjalnie omijał główną drogę by nie zostać złapany, ale ucieczka tylną alejką nie przeszkadzała w pogoni jego oprawcą.
Nagle z zakrętu wyszło dwóch rycerz z krzyżami na tarczach.
Chłopak zanim ci się zorientowali przeskoczył nad nimi. Sam nie wiedział gdzie biegnie w głowie miał tylko jeden cel czyli uciec jak najdalej stąd.
Na jego drodze ponownie pojawili się rycerze tym razem w większym gronie. Chłopak nie był już w stanie ich przeskoczyć, więc zatrzymał się raniąc przy tym swoje pięty, i szybko zawrócił w drugą stronę. Mimo to daleko nie pobiegł, przy pierwszym zakręcie został złapany przez jednego z rycerzy który z miejsca kopnął go obitym w stal butem łamiąc przy tym jego nogę.
Chłopak wrzasnął, rozdzierając jak szeroko usta. Rycerz uwolnił z uścisku, a ten padł na ziemię, trzymając się za nogę z której szybko wypływała krew.
Chłopakowi robiło się nie dobrze gdy patrzył na kość która rozerwała jego ścięgna i skórę.
 -Ty !
Warknął chłopak do rycerza uśmiechającego się szyderczo.
Przeturlał się na brzuch starając się podnieść, opierając się ręką o ścianę utrzymał równowagę aż rycerz nie wyciągnął miecza z pochwy i nie przeciął w poziomie jego gardła.
Chłopak ręką którą się podbierał chwycił za rozcięte gardło i ponownie wylądował na ziemi. Tym razem nie był w stanie już się podnieść, zdawał sobie z tego sprawę, ale i tak nie wypuszczał noża z dłoni.
Chłopak został w końcu otoczony przez pozostałych rycerzy którzy zaczęli go kopać i przebijać jego skórę ostrzami mieczy.
Kiedy postanowili przestać chłopak już był martwy, leżał na ziemi z połamanymi żebrami które poprzebijały płuca i serce.
Jego usta napełnione były krwią ze zniszczonych płuc.
Ręce powykręcane były w różne strony a jego oczy beznamiętnie patrzyły na szare zimowe niebo z którego zaczęły spadać płatki śniegu.
Nie spodziewanie z za pleców rycerzy wyszło pytanie.
 -Ładnie to się znęcać nad słabszymi ?
Rycerze zwrócili swe spojrzenia ku stojącemu za nimi chłopcu z kapturze pod którym widoczne były tylko jego fioletowe oczy.
Jeden z rycerz wystąpił przed szereg, i zaprezentował swoje mieniące się śnieżno białe skrzydła.
Lucyfer dotychczas kryjący się pod kapturem ściągnął go z głowy. Ukazując swoją ucieszoną twarz.
Znienacka wyskoczył do przodu, i pojawił się w pomiędzy rycerzami trzymając w rękach oderwaną od korpusu głowę anioła.
 -Ups. Chyba go popsułem.
Powiedział próbując powstrzymać śmiech. Zanim rycerze zdążyli się zorientować wszyscy już nie żyli, a płatki śniegu rozpuszczały się w ich gorącej krwi.
Lucyfer ukląkł przy zwłokach chłopaka. Położył rękę na jego połamanym mostku, który rozbłysł na fioletowo.
Żebra chłopaka zaczęły układać się w naturalny porządek, ręce się prostować, a oczy odzyskiwać barwę.
Jak tylko odzyskał przytomność zerwał się do siadu. Położył dłoń na purpurowych włosach, czując ostry ból głowy. Spojrzał nie świadomie na chłopaka przed nim, był od niego młodszy, wyglądał mu na 13-14 lat. Wgapiając się w lucyfera oczami zielonymi jak letnia trawa spytał.
 -Kto ty ?!
 -Heh. Jesteś dość bezpośredni, mam na imię Lucyfer.
Fioletowooki przedstawił się z radosnym uśmiechem pomimo krwi spływającej po ścianach ich otaczających, ale chłopak nie zwracał na nie uwagi gdyż cały czas podejrzliwie obserwował Lucyfera.
 -Anter.
Odpowiedział marudnie. Lucyfer spojrzał w szare chmury przysłaniające niebo.
 -Gonili cię za zabójstwo. Prawda ?
 -...
 -Nie bój się nikomu nie powiem. A więc ?
 -Tak. Zabiłem ... jednego z ich rycerzy ...
 -Niesamowite !-Lucyfer zerknął na ostrze leżącego koło chłopca-Zabiłeś go tamtym nożem ?.
Chłopak przytaknął przytulając się do swoich nóg.
Źrenice Lucyfera rozszerzyły się z zaciekawienia, zwolnił zaczepy swojej peleryny, i ściągnął ją z pleców, a zarzucił na zielonookiego.
 -Mamy początek zimy, a ty nawet nie masz na sobie butów.
Stwierdził opatulając go dokładnie. Anter nie sprzeciwiał się temu siedział lekko zarumieniony, ocierając o siebie swoje stopy. Wymamrotał patrząc w krew na bruku.
 -Dzięki...
 -Przyznam szczerze. Myślałem że tutaj rzadko pada w zimie.
 -Tak... Śnieg tutaj to rzadkość. Nie będzie ci zimno ?
 -Nie martw się o to. Ja już się ogrzałem.
Anter uspokojony oparł się o ścianę i wtulił się jeszcze bardziej w ciepłą pelerynę lucyfera.
 -Anter. Jesteś jednym z buntowników, co nie ?
Chłopak nagle otrzeźwiał, i spojrzał pytająco na Lucyfera.
 -Skąd ty ...
 -Dziwne by było gdybym o was nie słyszał. Osoby jawnie sprzeciwiające się religii są prawdziwą rzadkością. A właśnie.
Anter. Pomożesz mi w walce z aniołami ?
Po słowach Lucyfera zapadła cisza przeszyta świtem zimnego wiatru z za jego pleców. Wraz z wiatrem pojawiła się zgrabna kobieta o ciemnej karnacji i złotych oczach ubrana w białą szatę ściskającą pulchne piersi rozmiar E. Klęknęła za plecami fioletowookiego na jedno kolano
 -Panie Lucyferze. Armia już przybyła.
Oznajmiła chyląc czoła przed Lucyferem, który odwrócił się do niej i polecił radosnym tonem.
 -Dziękuję Astaroth. A teraz dołącz do nich, i przekaż by trzymali się w 2-3 osobowych grupkach dla bezpieczeństwa.
 -Tak jest Sir.
Kobieta stanęła do pionu, spojrzała kontem oka na chłopaka owiniętego peleryną lucyfera, i uśmiechnęła się lekko po czym zniknęła wraz z podmuchem wiatru. Zaraz po jej zniknięciu Anter spytał bez ogródek.
 -O jaką armie chodziło tej kobiecie ?
Lucyfer odwrócił się twarzą ku swojemu rozmówcy.
 -O moje legiony. Właśnie czekają przed bramą tej stolicy. Zamierzamy oczyścić to miejsce z aniołów.
Wyjaśnił kładąc ręce na biodra i szczerze uśmiechając się do chłopaka.
W ten tuż pod niebem zaczęła przelatywać armia Lucyfer, ozdabiając pochmurne niebo.
 -Anter. Powiedz, chciałbyś walczyć u mojego boku jako generał ?
 -Tak.
Szybko odpowiedź chłopaka nieoczekiwanie zdziwiła Lucyfera, ale jednocześnie go ucieszyła. Wyciągnął w stronę zielonookiego rękę i zaczął czochać jego włosy.
 -Ej co ty robisz ?!
 -Nic. Po prostu jestem szczęśliwy !-Odkrzyknął. Po czym pomógł chłopakowi wstać-Jeśli chcesz dołączyć do mojej armii musisz porzucić swoje imię i przybrać nowe. Co myślisz o "Baal'u"
 -Nie podoba mi się.
 -Szkoda. Że już się przyjęło Baal.
 -Co ? Ale powiedziałem...
Lucyfer złapał jego wargi i ścisnął razem.
 -Twoje usta mówią nie, ale oczy mówią tak.
Wyjaśnił z jednocześnie radosnym jak i strasznym wyrazem twarzy.

W przeciągu godziny anioły został wyplenione z Atlantydy. Ulice spłynęły ich krwią i białymi piórami.
Lucyfer z Astaroth, i Baal'em u boku stał w budynku wcześniej należącym do króla Atlandyty. Lucyfer zaczesał włosy za lewe ucho i oznajmił.
 -Poszło łatwiej niż myślałem.
Astaroth zaśmiała się pod nosem, i odpowiedziała Lucyferowi.
 -Czego można było się spodziewać. Nasza armia jest dwu krotnością tej którą pokonaliśmy.
Stwierdziła opierając się o kamienną kolumnę.
Baal siedząc na podłogę przeżucał wzrok z Lucyfera na Astaroth, nie starając się tego ukryć.
 -O co chodzi Baal ?
Spytała Astaroth, wiedząc jak nowe imię irytuje Baal'a.
 -O nic. Rozmawiacie o tym dość swobodnie.
 -A dlaczego nie. W końcu wygraliśmy, przy 1 straconym żołnie...
Astaroth zamilkła i zadarła głowę do góry, tak samo jak Lucyfer i Baal.
 -Astaroth ! Przenieś jak najwięcej osób jak najdalej stąd !
 -Tak !
Odkrzyknęła i zniknęła. Lucyfer rzucił się do niewiedzącego co się dzieje Baal'a. I chwycił go za rękę.
Zostali przeniesieni na otwarte morze. Wysoko nad taflą wody. W oddali widać było Atlantydę. I wiszącego w powietrzu uskrzydlonego mężczyznę o długich włosach powiewających na wietrze. Posiadał on 3 pary skrzydeł. I prężył cięciwę srebrnego łuku celując błyszczącą strzałą w budynek w który wcześniej przebył Lucyfer i jego generałowie.
Strzała wystrzeliła a w otoczeniu Baal'a i Lucyfera pojawiła się armia Lucyfera wraz z Astaroth.
Na ich oczach strzała wywołała ogromny wybuch tworząc jasną kopułę przypominającą słońce. Płatki śniegu zostały od niej odrzucone podmuchem wiatru. Gdy kopuła zniknęła ich oczom ukazała się ogromna wyrwa w centrum Atlantydy, która powoli zatapiała się w w wodzie zabijając jej mieszkańców. Baal, zacisnął zęby i odwrócił wzrok, powstrzymując łzy.
Astaroth zwróciła się do Lucyfera ze zmartwioną miną.
 -Panie co mamy robić ?
Lucyfer przez chwilę milkł ślepo wgapiając się w zalewaną Atlantydę.
 -Wycofujemy się. On i tak już ucieka ... Straty się powiększyły ?
 -Nie. Zdążyliśmy przenieść wszystkich.
Odpowiedziała rozczulonym głosem, patrząc jak Baal ściska rękę Lucyfera. Odwróciła się do żołnierzy, i wydała rozkaz odwrotu.
 

Astaroth (Wyzwolenie kobiet)

Na placu w środku miasta zbierało się co raz więcej ludzi, wychodzili z najciemniejszych zakątków miasta by oglądać piękną kobietę o tali osoby przywiązaną do drewnianego słupa. Jej skóra miała piękny kawowy odcień za to włosy swoją czernią wkradały się w barwę ciemnego granatu. Głowę miała spuszczoną patrząc na swoje poranione stopy. Odziana była obdartymi szmatami na pulchnych piersiach rozmiar E i szerokich biodrach. Sznur na jej nadgarstkach ścierał jej skórę przy najmniejszym ruchu dłonią. W okół niej zaczęły zbierać się co raz większe tłumy gapiów, którzy rozmawiali o niej bez wstyd nie jakby była zwykłym kawałkiem mięsa. Przed kobietą stanął stary ksiądz za którego plecami czekało dwóch rycerzy, jeden z nich trzymał w dłoni płonącą pochodnie. Ksiądz złożył ręce do modlitwy i zaczął odprawiać rytuał. -Boże uwolnij tą niewolnicę, która dopuściła się obcowania z czarną magią ...- Kobieta słysząc słowa kapłana w złości jeszcze bardziej zaczęła mierzwić rękoma zadając sobie dodatkowy ból. W końcu jeden z rycerzy podszedł do stosu drewna na którym stała przywiązana kobietę i wcisnął w niego płonącą pochodnie. Stos szybko zajął się ogniem który z każdą chwilą co raz bardziej zbliżał się do kobiety. Zaczęła czuć gorąco pod swoimi stopami przez co zaczęła kopać w drewno pod nią, ogień stawał się co raz większy i wchodził co raz wyżej. Płomieni zaczęły ranić skórę kobiety, ale ta zaciskając zęby starała się nie krzyczeć. Ogień wspiął się po słupie aż w końcu objął swoimi językami całe ciało kobiety. Każdy centymetr jej ciała doznawał okropnego bólu. Włosy zostały spalone a skóra była dalej kaleczona. Kobieta nie mogąc już dłużej wytrzymać bólu zaczęła krzyczeć. Nie którzy gapi owie odwrócili wzrok od tego widoku, inni natomiast dokładali kobiecie win i podsycali ogień sianem. Ksiądz przez całą egzekucje mierzył w kobietę złotym krzyżem, aż ogień nie pochłonął jej doszczętnie. Całe jej ciało zostało spalone AŻ przypominało twardą rudę węgla. Gapi owie zaczęli się rozchodzić choć jeden z nich został. Zakapturzony ruszył pod prąd tłumu kierując się do zwłok kobiety. Wskoczył na spaleniznę, wdrapując się na szczyt do kobiety. Stanął na przeciw jej zwłok, delikatnie położył rękę na jej sercu które pod jego dłonią rozbłysło fioletowym światłem. Skóra kobiety zaczęła odzyskiwać swoją pierwotną barwę, włosy zaczęły odrastać, a ona odzyskiwać świadomość. Podniosła wzrok na człowieka który ją uratował, spojrzała na niego zapłakana. Jej złote oczy błyszczały pomimo pochmurnego dnia.
 -J-Jak ty ? ...
Spytała roztrzęsiona nie wiedząc co ma robić. Jej wybawca położył jej palec na ustach dając do zrozumienia by nic nie mówiła. Oswobodził jej ręce z już i tak spalonej liny. Złapał za dłoń i pobiegł z nią w jedną z uliczek. Gdy znaleźli się w uliczce gdzie nikogo nie było zatrzymali się. Kobieta padła na kolana nie mogąc utrzymać się w pionie. Patrzyła człowieka ściskającego jej rękę, jakby bał się ją puścić.
 -K-Kim jesteś ... ? Spytała. A zakapturzony człowiek zdjął kaptur z głowy uwalniając ciemne włosy. Odwrócił się do kobiety puszczając jej dłoń klęknął przy niej odpowiedział na jej pytanie.
-Jestem Lucyfer, a ty jak się nazywasz ?
Jego głos był tak miękki, a jego twarz tak dziecięca że można było go wziąść za dziecko.
 -Jestem ... Asma.
Odpowiedziała, będąc zahipnotyzowana jego fioletowymi oczami. -Asma ? ... To po Arabsku ? To twoja pełna godność ? -Nie ... Asma Asija Takriti, to moje pełne przedstawienie...
Kobieta nie mogła zrozumieć swojej sytuacji, jeszcze przed chwilą płonęła na stosie, a teraz mówi o sobie jakiemuś chłopcu.
 -Przepraszam ... ale jak to zrobiłeś ? ... jak mnie uratowałeś ? Spytała nie pewnie, załamując głos. Lucyfer wyglądał jakby zagłębił się we własnych przemyśleniach. -Cóż. Właściwie, to sama to zrobiłaś.
 -Nie możliwe !
 -A jednak. Żyjesz dzięki swojej rozpaczy, gniewie i własnej woli życia, która żyła w tobie nawet po twojej śmierci. To na prawdę nie zwykłe.
Wyjaśnił z nieustannym uśmiechem na twarzy. Kobieta położyła dłoń na swym brzuchu i powiedziała do chłopca.
 -Ja ... tego nie rozumiem, ale ... byłam w ciąży i ... czy moje dziecko, żyje ?
Twarz Lucyfera posmutniała, aż spuścił wzrok na ziemię.
 -Przykro mi ... jeżeli jeszcze się nie urodziło to nie możliwe by odczuwało gniew czy też nienawiść, które pomogły by mu...-
W słowo Lucyfera wtrąciła się Asma.
 -Wystarczy ! ... Ci ludzie ... nie dość że okropnie mnie traktowali ... to jeszcze zabrali mi jedyne co mogłam kochać ... Asma zwinęła się mając twarz przy ziemi. Z jej oczu mimowolnie wypływały łzy, skapując na piasek. Lucyfer nie wiedział co ma w takiej sytuacji powiedzieć, więc przytulił płaczącą kobietę, po czym wyszeptał jej do ucha.
 -Jak chcesz, to możesz się na nich zemścić. Słysząc to źrenice Asmy powiększyły się. A serce szybciej zabiło.
 -Tak ... tego chcę. Odpowiedziała podnosząc się z ziemi. Lycyfer powstał razem z nią, łapał ją za dłoń i pociągnął w głąb uliczki. Wielokrotnie zakręcali by w końcu stanąć przed wielkim kamiennym kościołem. Lucyfer zwrócił się do Asmy.
 -Wejdź tam sama, teraz masz siłę by walczyć i wygrać, powodzenia.
Zachęcił ją, po czym stanął za jej plecami. Kiedy ona przekroczyła próg kościoła. W środku nie było widać nikogo po za księżąmi siedzącymi przy ołtarzu. Asma pewnym krokiem ruszyła w ich stronę. A ci jak tylko ją ujrzeli zostali sparaliżowani przez strach.
 -Nie możliwe !
Wykrzyczał ksiądz odprawiający jej egzekucję. W ten kobieta chwyciła za krzyż którym wcześniej mierzył w jej płonące ciało i wbiła mu go w żebra, rozpruwając klatkę piersiową. Przy użyciu krzyża poraniła również innych księża pozostawiając ich na skraju śmierci wykrwawiających się na przed ołtarzem. Drewniane ławy na życzenie Asmy zajęły się ogniem, po robieniu tego kobieta szybko wybiegła z budynku przed którym czekał Lucyfer. -Skończyłaś ? Słyszałem ich żałosne błagania. -Lucyferze powiedz mi. Dlaczego mnie uratowałeś ? Spytała pewnym tonem głosu. Lucyfer uśmiechnął się do niej, i odpowiedział. -Powodów było kilka, jednym z nich było to że nie mogłem pozwolić by taka piękna kobieta została brutalnie zabita. A drugim to że potrzebuję twojej pomocy. Wyznał patrząc w złote oczy Asmy.
 -Jakiej pomocy ? -Wiesz może kto stoi za tym wszystkim ? Są to bestie o śnieżno białych skrzydłach, Anioły. Chcę byś zasiliła moje szeregi jako mój pierwszy generał. Co ty na to ?
 -Co ? ... Ja ? Generałem ?
 -Ano. Może tego nie wiesz ale masz naprawdę silnego ducha. A więc Asme, czy zgodzisz się zostać pierwszym generałem moich wojsk ?
 -... Dobrze. Zrobię to jako podziękowanie, za uratowanie mnie.
 -Wspaniale ! Tylko przyda ci się nowe imię ... co powiesz na Astaroth ?-Spytał uradowany Lucyfer na tle płonącego kościoła
 -A, fakt. Powinniśmy się stąd zbierać.
 Asme kiwnęła potakująco głową, i dodała.
 -Astaroth ... to dobre imię.

niedziela, 11 października 2015

Rozdział pierwszy (Narodziny wolności)

Czarno włosy chłopiec drepcząc przy oknie wyglądał jak to jego mama rozmawiała z obcymi mu ludźmi, poubieranymi na czarno.
Na przeciw kobiety stało ośmioro mężczyzn. Ten na przodzie ubrany był w czarny płaszcz a w ręce zaciskał drewniany kostur zakończony metalowym krzyżem.
Za jego plecami stali uzbrojeni żołnierze każdy z nich dzierżył tarczę z wymalowanym czarnym krzyżem i miecz spoczywający w pochwie.
Kobieta wyglądała na przerażoną rozmawiając z mężczyznami. Widać było wyraźną sprzeczkę. W oczach zaczęły gromadzić się łzy a w gardle brakło śliny. Kobieta w końcu została przepchnięta przez mężczyznę który skierował się w stronę jej domu. Kobieta próbowała go zatrzymać ale została pochwycona przez jednego z rycerzy.
Chłopiec martwiąc się o swoją mamę wybiegł z domu, za co od razu został uderzony przez mężczyznę w płaszczu.
 -Ty paskudny heretyku!
Krzyknął patrząc pogardliwie na chłopca.
On umorusany podniósł wzrok na mężczyznę i zrozumiał kim on jest, to był jeden z tych ludzi o których mówiła mu mama "ksiądz". Długi kostur powędrował do góry by ponownie uderzyć w dziecko, lecz w ten z uścisków wyrwała się jego matka i odepchnęła księdza zasłaniając swojego synka.
 -Zostawcie go! On nic nie zrobił!
Wrzeszczała ślepo tuląc swoje dziecko. W tym czasie ksiądz odzyskał równowagę i w gniewie zaczął okładać plecy kobiety stalowym krzyżem. Kobieta w cierpieniu zaczęła płakać, słone łzy spływały po policzkach, spadając na twarz chłopca.
Ksiądz w końcu opanował swój gniew, spojrzał na okaleczone plecy kobiety prychnął na ich widok.
 -Zróbcie z nią coś ! Najlepiej zabijcie.
Żołnierze na rozkaz ruszyli zwarcie do kobiety i siłą oderwali ją od dziecka, nie będącego w stanie się ruszyć.
Kobieta została odciągnięta na bok, jeden z rycerzy wyciągnął długie błyszczące w promieniach ostrze, i przebił nim brzuch kobiety, z jej ust zaczęły wypływać znikome ilości krwi. Po tym jak ostrze zostało wyciągnięte z jej wnętrzności, skierowała ona wzrok w stronę swojego przerażonego dziecka, wbiła palce w wysuszoną glebę i ostatkiem sił starała się do niego przysunąć. Jej oprawcy spoglądali na nią bezlitośnie spod żelaznych hełmów, aż ta wydała z siebie ostatnie westchnienie a z jej ust wyszło ostatnie wyszeptane słowo zaraz po którym odeszła.
Jej syn przyglądał się całemu zajściu nie mogąc ruszyć się nawet o centymetr, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa.
Obraz z przed jego oczu stał się mętny a w uszach słyszał szum pokrótce w jego twarz uderzono ponownie krzyżem. Ksiądz spojrzał na bezwładne ciało kobiety i rzucił w jej stronę.
 -Cholerne heretyczka-Pocierając przy tym ramię które obiło się przy popchnięciu przez kobietę-Spalcie czym prędzej tę chatę!
Nakazał ksiądz wracając wzrokiem do swojej ofiary. Do oczu chłopca zaczęły napływać łzy, był zdezorientowany i wystraszony, serce waliło mu jak oszalałe. Swój wzrok przenosił nerwowo z księdza na rycerzy rozniecający pochodnię, którą wrzucili do jego domku. Ogień szybko się rozprzestrzenił zajmując wszystkie meble. Szyby pod wpływem gorąca zaczęły pękać jak bańki wodne. W krótkim czasie z domku buchały języki ognia, którym wszyscy się przyglądali. Chłopiec zaczął powolnie się wycofywać, planując uciec jak najdalej, ale nie umknęło to księdzu który szarpnął go za ubranie. Uśmiechnął się szaleńcze wołając do rycerzy.
 -Wrzućcie go w ten ogień!
Ci śmiejąc się pod nosem przejęli chłopca który szarpał się i miotał we wszystkie strony.
 -Niee! Zostawcie mnie! Nieee!
Krzyczał do nich, na daremno wyrywając się z ich uścisków. Im bliżej ognia tym chłopiec głośniej krzyczał i miotał. W pewnym momencie frustracja w jego sercu osiągnęła limit.
Zaprzestał szarpaniny, zwęziły się jego źrenice imitując oczy kota. W zaledwie sekundy rozszarpał wszystkich trzymających go mężczyzn, zostawiając po nich krwawe ślady na ziemi i na sobie. Ksiądz nie wierzył w to co widzi, skamieniał obserwując płaczącego chłopca pokrytego krwią aż do kolan. Chłopiec skierował swój wzrok na kapłana zżeranego przez strach, wolnym krokiem podszedł do niego i płynnym ruchem dłoni złamał jego rękę. Ksiądz wrzasnął z bólu i padł na klęczki rozpoczynając modlitwę. Chłopiec stojąc przed kapłanem nie mógł przestać płakać, nie powstrzymywało go to jednak przed wyrwaniem serca z piersi kapłana. Chłopiec przez chwile obserwował mięsień w swojej ręce z którego wylewały się resztki krwi. Wyrzucił serce przed siebie, a ciało kapłana rzucił w żarzące płomienie. Kiedy ciało księdza było palone przez płomienie, dziecko podeszło do swej martwej matki. Jej oczy były szeroko otwarte patrząc ślepo w swojego syna. Który klęknął przy nie, delikatnym ruchem dłoni opuścił jej powieki, po czym objął i szlochając ściskał ją w uścisku.
Dookoła chłopca zaczęły opadać czarne pióra z jego gęsto opierzonych czarnych skrzydeł, którymi opatulał siebie i matkę, po dłuższym czasie wziął swą matkę na ręce. I ruszył do lasu, zatrzymał się dopiero na klifie, nie wiedząc ile zajęła mu wędrówka do tego miejsca, ile kroków przebył czy ile osób go widziało. Ostrożnie położył ciało swej mamy na miękką trawę, a sam padł na kolana gołymi rękoma kopał dla niej grup. W tle słychać było głośne szumy fal rozbijających się o kamienne ściany.
Gdy chłopiec pochował ciało swej matki, nie był w stanie podnieść się z kolan. Wpatrywał się w zachodzącego słońce, aż w końcu ponownie się rozpłakał. Starał się ocierać każdą łzę spływającą z jego oczu swoimi poranionymi i brudnymi dłońmi, jednak wiele z nich spadło na grób kobiety
 -To za ... wcześnie ... Mamo... pomocy.
Jęczał przypominając sobie twarz swojej matki która zawsze mówiła mu że wszystko się ułoży, że nie pozwoli by ktokolwiek go skrzywdził i słowa które najbardziej zapadły w jego pamięć.
 "Dzieci są naszą nadzieją na lepsze jutro, jednak ty jesteś nie zmienisz  jutra, masz szanse zmienić każdy następny dzień, nie martw się jeśli coś nie pójdzie po twojej myśli bo nie to jest najważniejsze, zrób co w twojej mocy. Proszę"
Otworzył szeroko oczy patrząc gniewnie na horyzont, słońce już zaszło a w ciemnościach odznaczał się jedynie fiolet jego oczu.

(Autor nie obrazi się za komentarze)