Czekała ona w poczekalni gabinetu w którym pracowała jej mama, od czasu do czasu zerknęła kontem oka na drzwi, ale większość swojej uwagi kierowała na zegar zawieczony pod sufitem stojącej równolegle do dziewczynki ściany.
Ze zniecierpliwieniem obserwowała przesuwające się wskazówki, sama nie wiedziała jak długo czeka na swoją matkę, nie kiedy z gabinetu wydobywał się pojedyńczy krzyk często zagłuszany stukaniem jakiś przedmiotów.
Dziewczynka zeskoczyła z krzesła po czym nie pewnym krokiem podeszła do drzwi, stanęła na palcach przykładając oko do dziurki na klucz. Punkt obserwacyjny był idealny ale obraz jaki ukazywał wprorst przeciwnie. Na metalowym stole leżał mężczyzna, skręcający się w bólach i doznający konwulsji.
Mimowolnie unosił swój nagi tors do góry, machając pojedynczym skrzydłem wyrastającym z lewej łopatki.
Ludzie w białych fartóchach zakłopotani miotali się do okoła stołu, wśród nich znajdowała się również matka dziewczynki która komenderowała poczynaniami pozostałych lekarzy. Po chwili jednak mężczyzna opadł na stalowoą kozetkę, jego ciało zaprzestało jakich kolwiek ruchów to samo skrzydło z którego zaczęły wypadać pojedyncze pióra. Ktoś zbliżył się do drzwi i tworzył je szeroko, dziewczynka berwała ich rantem i upadła na podłogę. Krew poleciała z jej czoła po upadku na podłogę, jak tylko uświadomiła sobie obecność rany i krwi rozpakała się.
-Agatha! Twója córka płacze!
Zawołał mężczyzna odwracając się do matki dziewczynki. Ta podbiegła szybko do płacząceg dziecka. Była ona kobietą elegancką której włosy ułożone były w najzmienienitszy sposób, a uszy cudownie ozdobione żadkimi kamieniami.
-Alicjo przestań płakać! Pokaż co sobie zrobiłaś.
Kobieta kucnęła obok córki, odgarnęła jej włosy odsłaniając nie wielkie pęknięcie na skórze.
-To nic takiego, przyłożę gazę i do wesela się zagoi, no chodź ze mną.
Powiedziała kobieta, dziewczynka po jej słowach zaczęła się stopniowo uspakajać, ale przed załzawionymi oczami ciągle widziała tego mężczyznę, nie ukrywalne pragnienie śmierci które go otaczało...
Dziewczynka złapała rękę matki i poszła za nią, do gabinetu obok tam położyła ją na twardej kozetce zaczynając opatrywać krwawiące czoło. Do pomieszczenia za matką dziewczynki wszedł mężczyzna który zranił ją drzwiami, na jego widok dziewczynka przybrała zmieszany wyraz twarzy.
-Agatho. Jaką grupe krwi ma twoja córka?
-AB+-Odpwiedziała bez większeg namysłu, po chwili jednak orientując sobie skutki jej odpowiedzi.
-Ty chyba nie chcesz!
-Chcę. Dobrze wiesz że robimy to ku lepszej przyszłści Brytani.
-Ale, ona ma dopiero 8 lat.
-Zapiszemy ją do placówki świętej Marii bolesnej.-Odparł poprawiając okulary trzymające się na grubym nosie, wyjrzał z za ramienia kobiety na dziewczynkę.
*
Kilka miesięcy później dziewczynka siedziała na zimnej metalowej kozetce, jej włosy zostały nie starannie ścięte przez co były postrzępione. Do okoła niej chodziły różne osoby, ale ona nie zwracała na nich uwagi, patrzyła otępiałym spojrzeniem na wykafelkowaną podłogę splamioną krwią.
Żrenice miała wąskie jak główki szpilek, było tak za sprawą leków jej podawanych przeguby rąk w które to codziennie wbijano pięc igieł były całe zaczerwionione i obsypane ciągle gojącymi się ranami. Alicja nie była odosobionym przypadkiem, wszystkie dzieci mieszkające w świętej Marii były w podobnym stanie, wyjątkami były osoby o słabszym zdrowiu miały one tyle szczęścia że na skutek leków zmarły.
Pielęgniarka stanęła za plecami dziewczynki i ostrożnie podciągnęła jej białą bluzkę ściagając ją.
W ten z jej prawej łopatki tozwinęło się białe skrzydło nie wiele większe od tego gołębiego.
-Rośnie dobrze.
-Tak, jest okazem zdrowia.
Dyskutowali lekarze za jej plecami, nie usłyszała tego gdyż w jej uszach rozbrzemiewał ciągnący się pisk.
Większość personelu w końcu wyszła zostawiając matkę kobiety z jedną pielęgniarką.
Kobieta w białym stroju podniosła bluzkę dziewczynki z zamiarem ubrania jej, jednak wypuściła materiał z rąk padając w kałurzę własnej krwi. Stała nad nią matka Alicji z zakrwawionym skalpelem ściskanym w dłoni, dyszała przeraźliwie stojąc bez ruchu. Schowała skalpel do kieszeni kitla, ubrała swą córkę następnie biorąc ją na ręce.
Wybiegła w raz z dzieckiem na zewnątrz ciągnąc za sobą kilku współ-pracowników chcących ją zatrzymać. Jednak nie udało im się tego osiągnąć, kobieta wbiegła do samochodu zostawiając córke na tylnim siedzeniu sama siadła na miejscu kierowcy, ruszyła z piskiem opon drogą w głąb lasu. Targały nią nerwy i niepewność czy uda jej się uciec. Jej córka patrzyła na widok za oknem nie wyrażając przy tym żadnych emocjii.
Szybko przemierzyły większą część drogi wydawało się że od tego momentu będzie wszystko dobrze, jednak było to złudne uczucie. Opony samochodu pękły jednocześnie zmuszając samochód do jazdy na gołych kołpakach. Iskry rozświetlały ciemną noc, Agatha straciła kontrolę nad pojazdem który wleciał do wody.
Metalowa konserwa tonęła co raz to głębiej w morskich odmętach. Przednia szyba ledwie się trzymała pod naporem wody.
Kobieta patrzyła z przerażeniem na wodę do okoła pojazdu, był to dla niej koniec w takiej sytuacji nie ma dla niej ratunku. Odwróciła się do córki zaspale na nią patrzącą.
-Alicjo nie ruszaj się.-Powiedziała przechodząc na tylne siedzenie obok córki.-Posłuchaj dla mnie nie ma szans ale są dla ciebie. Weź głęboki wdech ja wybiję okno dobrze? ... Przepraszam się za wszystko czego doświadczyłaś, wierzyłam że robię to ku dobrej sprawie, jednak się myliłam. Proszę przeżyj to i żyj za mnie i te wszystkie dzieci z laboratorium, dobrze?-Kobieta rozpłakała się przytulając córkę, która dalej nie okazywała najmniejszych przejawów człowieczeństwa.
-Weź głeboki wdech-Poleciła jej matka, kiedy córka zrobiła wedle instrukcji matki ta zdjęła z nóg buty na obcasie i zaczęła nim uderząć w boczną szybę, pęknięcia na szkle robiły się co raz więsze aż w końcu obcas pękł. Kobieta bez sętymentów rzuciła obcas na podłogę, a szybę zaczęła rozwalać własnymi rękoma. Po tym jak pojawiło się małe pęknięcie przez które zaczęła wlatywać woda kobieta pomagała jej wydłubując poranionymi dłońmi kolejne fragmety szkła. W końcu woda zaczęła napływać do środka kiedy obie znalazły się w otoczeniu cieczy, kobieta przyciągnęła córkę do siebie objęła jej usta swoimi oddając jej resztki powietrza z płuc następnie wypychając ją po za samochód leżący na samym dnie. Krtań Agathy zaczęła się zaciskać a sama kobieta rwała swoje włosy w przetśmiertnym cierpieniu.
Alicja natomiast resztą sił wypłynęła na powierzchnie, nie miała sił by zrobić chodź o jeden ruch więcej dlatego dryfoała po wodnej dafli jak ścięta kłoda.
Nie oczekiwanie podniesiono ją jak bezmożną lalkę, spojrzała na swojego wybawiciela był to nie wiele od niej starszy chłopak o neonowo fioletowych oczach. Wylądowali na brzegu gdzie chłopak położył ją na piasku.
-Wszystko w porządku? Coś cię boli?- Zadał jej pytania z nie zrozumiałym dla niej współczuciem. Pokiwała słabo głową.
-To dobrze.- Odparł z ulgą, kiedy obok niego pojawił się wysoki i umięśniony mężczyzna miał długie czarne włosy związane w cięką długą kite na tyle głowy. Wyraziste rysy twarzy budziły przerażenie a wkurzony wzrok zniechęcał do niego ludzi.
-Panie. Centrum oczyszczone, jednak nikt nie przeżył.-Spowiadał mu Belzebub.
-W porządku została jeszcze ... przepraszam, ale jak masz na imię?- Spytał kierując pytające spojrzenie ku dziewczynce, podniosła mętny wzrok i odrętwiałymi ustami powiedziała.
-Ali...cja.- Wydukała.
-Miłomi ja jestem Lucyfer, a ten mięsień za mną to Belzebub.- Przedstawił ich z uśmiechem na ustach. -Jesteś pół aniołem, co nie? Nie chciała być przejść na moją stronę? Jesteśmy czymś w rodzaju anty aniołów. Nazywają nas demonami.
Dziewczynka patrzyła centralnie na Lucyfera ignorując pytanie które jej zadał. On nie wiedząc co począć, oblał dziewczynę dociekliwym spojrzeniem. Dostrzegł na jej rękach wyraźne zaczerwienienia.
-Czemu od razu nie powiedziałaś.- Warknął nie co wkurzonym głosem, siadł obok dziewczyny złapał ją za rękę drugą przyłożył do ran. Które po zabraniu ręki Lucyfera od razu zginęły. Twarz dziewczynki odzyskała wyraz.
-Otępili ją ziołami by nie stawiała oporu. -Wyjaśnił Belzebubowi który miał właśnie o to spytać.
Alicja rozpłakała się nie zważając na sytuację dotarły do niej wszystkie nie przyjemne wspomnienia skumulowane w jej sercu. Lucyfer nie wiedząc co zrobić spytał ponownie.
-Alicjo. Jeśli chcesz to oddamy cię w ręce aniołów gdzie twój koszmar będzie trwać. Możesz też zostać jednym z moich generałów w moim kraju gdzie obdarzymy cię najlepszą opieką. Więc jak?- Zapadla cisza kiedy podniosła zapłakany wzrok, otarła łzy z opuchniętych oczu.
-Nie chcę do nich wracać.- Wymruczała w rozpaczy, co dla Lucyfera równało się ze zgodą dołączenia do jego szeregów. Wstał i siadł za plecami Alicji.
-Imię twoje brzmieć będzie od teraz Marou.- Oświadczył jej podczas podnoczenia jej bluzki. Skrzydło rozprostowało się przez co Lucyfer obrzucił je krytycznym spojrzeniem.
Złapał za nie solidnie co wzdrygnęło ciałem dziewczyny i z całych sił wyrwał je z korzeniami. Alicja jęknęła z bólu i opadła na piach. Skrzydło ruszało się przez chwilę jakby chciało odlecieć, jednak Lucyfer ścisnął je jeszcze mocniej.
-To by było na tyle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz